Już tak jakoś mam, że wolę analizować sprawy lekko przeterminowane - kiedy emocje już opadną, mam okazję przeczytać opinię z lewej i prawej strony i wyrobić sobie jakiś bardziej szczegółowy pogląd na sprawę. O Wałęsie właściwie nie chciało mi się pisać, ale przyznaję, że sprowokował mnie Gniewomir, porównując niemalże zachowanie Wałęsy do przypadku Wielgusa i wystawiając zachowaniu byłego prezydenta dość jednoznaczną ocenę. Wydaje mi się, że całej sprawie należy się kilka słów komentarza.
Po pierwsze, warto zacząć od kwestii fundamentalnej. Warto mianowicie zapytać o celowość całej operacji "Bolek" (tej obecnej, nie tej SBckiej). Przeciwnicy byłego prezydenta powiedzą - ależ chodzi o prawdę. Wałęsa zataja pewne informacje, zatajanie informacji nie służy prawdzie, zatem przy dążeniu do prawdy należy owe informacje ujawnić. W tym rozumowaniu są dwie luki - po jednej na każdą przesłankę, spróbuję więc pokrótce opisać, o co chodzi.
Teza pierwsza: Wałęsa coś zataja. Zwolennicy tej teorii twierdzą, że jego wyznania w znanym komunikacie dla PAP oraz w jego książce nie zgadzają się z jego twierdzeniami, że nie współpracował. Nie musi to być prawda. Można przecież coś podpisać i nie być agentem. Bycie agentem nie sprowadza się bowiem do podpisania lojalki czy innego papierzyska, tylko do donosów na ludzi. Osobę, która podpisała jakiś papier ale nigdy nie złożyła żadnego donosu bądź też nie przekazała nigdy oficerowi SB informacji na temat swoich znajomych ciężko uznać za agenta. Jeżeli zatem tak wyglądała sytuacja Wałęsy, to były prezydent ma prawo czuć się oburzony sugestiami, że był agentem.
Jest tutaj zasadnicza wątpliwość - teczki (dostępne na stronie "Solidarności Walczącej") Bolka, które miałyby uzasadniać tezę, że Wałęsa jednak na kogoś donosił. Dane te są jednak wysoce niekonkluzywne - nie wiadomo, czy nie powstały w wyniku późniejszej dezinformacji SB (moja teza jest taka, że owe donosy pochodziły od innego agenta, którego 'podpięto' pod Wałęsę). Wiadomo, że taka dezinformacja miała miejsce. Naiwnością byłoby zatem sądzenie, że wszystkie materiały obciążające Wałęsę są autentyczne. Ewentualnym sceptykom pod wątpliwość - jeżeli to nie te materiały są sfałszowane, to które? Bo któreś z pewnością są, wynika to z samych akt SB.
Załóżmy jednak na moment, że teza o zatajeniu jest prawdziwa, że Wałęsa rzeczywiście coś podpisywał. Tutaj wchodzi moja bardziej fundamentalna wątpliwość. Jest nią mianowicie zastrzeżenie do lansowanej szeroko tezy, że wszelakie poszerzenie informacji służy prawdzie. Jak bardzo niefortunna jest to teza, łatwo jest się przekonać, czytając praktycznie dowolną gazetę na rynku. Odpowiednio manipulując przekazem informacji, zestawiając jedne dane z innymi, można uzasadnić (prawdziwymi danymi!) praktycznie dowolną tezę. Jedno nie pozostawia wątpliwości - pełnia informacji daje jednocześnie prawdę. Niestety, pełnia informacji jest dla nas niedostępna, a zależność informacja -> prawda nie jest zależnością monotoniczną - innymi słowy, nie jest tak, że im więcej danych, tym bliżej prawdy jesteśmy.
W tym konkretnym przypadku ujawnienie tego typu informacji może wcale nie prowadzić do prawdy - przeciwnie, może stworzyć zafałszowany obraz człowieka, który przez lata walczył z komunistycznym reżimem. Być może niektórzy uznają to za pożądany stan rzeczy - uznają, że ktoś, kto miał (w najlepszym przypadku) roczny epizod współpracy z SB, później już całe życie chodził na jej pasku. Ale to właśnie jest moja fundamentalna wątpliwość. Jeżeli informacja o ewentualnej współpracy Wałęsy ma prowadzić do takich wniosków, to znaczy, że nie prowadzi ona do prawdy - wręcz przeciwnie, że od tej prawdy nas oddala. Odsyłam do bardzo sensownej analizy Alexa w tej kwestii.
Na koniec jeszcze jedna sprawa - Wałęsa vs. Gwiazdowie i Walentynowicz. Dziwi mnie podejście, często prezentowane w Salonie, że skoro Gwiazdowie czy Walentynowicz nigdy nie współpracowali, to mają prawo oczekiwać od Wałęsy wyjaśnienia pewnych spraw. Po pierwsze, nie wiadomo, czy Wałęsa ma coś do wyjaśniania (patrz wyżej). Po drugie, oczekiwanie wyjaśnienia a oskarżenie o zdradę, doprowadzone nawet do poziomu "powinien dostać w czapę" to nie jest to samo. Na tak postawione "żądanie wyjaśnienia" chyba żaden człowiek nie odpowie pozytywnie - agresja rodzi agresję, niestety.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)