Po obejrzeniu debaty muszę powiedzieć jedno - nie bardzo widzę, w jaki sposób miałaby ona kogokolwiek przekonać czy skłonić do zmiany politycznego wyboru. Zresztą format samej debaty był beznadziejny. W półtorej minuty to można odpowiadać na pytanie w teleturnieju, a nie omawiać najważniejsze dla kraju sprawy.
Tak naprawdę cała debata zorganizowana została z myślą o stworzenie jak największego show. Mam wrażenie, że sztaby obu dyskutantów postanowiły grać bezpiecznie i wybrały taką formułę, w której żaden z dyskutantów nie może za dużo stracić (bo przez półtorej minuty trudno palnąć jakieś naprawdę piramidalne głupstwo), a liczyli na to, że być może jakąś wyjątkowo trafną ciętą ripostą ich zawodnik ugra parę promili (i to bynajmniej nie alkoholowych). Przeliczyli się.
Mecz przypominał pojedynek dwóch bokserów, których wystawiono do walki bez przygotowania, nieco na siłę, bardzo po to, żeby się zaprezentowali, niż żeby któryś miał drugiego pokonać. Obaj siedzieli szczelnie za podwójną gardą, od czasu do czasu wypuszczając tylko jakiś nieśmiały lewy bądź prawy prosty. A jak wiadomo, widownia od meczu bokserskiego oczekuje porywającej wymiany ciosów, a najlepiej nokautu. Tutaj tego zabrakło. Żadna ze stron w którymkolwiek z punktów nie potrafiła dobić przeciwnika, nie potrafiła ostatecznie go posłać na deski. Najbliższy chyba był tego Kaczyński, ale zaprzepaścił moim zdaniem doskonałą szansę. Kiedy Kwaśniewski w odpowiedzi na pytanie o ułaskawianie sprawców ciężkich przestępstw, w tym morderców zaczął coś gadać o przepełnionych więzieniach i o tym, że nie chciałby nikogo do więzień posyłać, aż się prosiło o ripostę - morderców też? gwałcicieli też? Kaczyński z tej szansy nie skorzystał. No, ale to chyba skutek tego chowania się za podwójną gardą - przy takiej strategii walki wielu sytuacji, w których przeciwnik się odsłania, po prostu się nie wykorzystuje.
Paradoksalnie, najsprytniej chyba zagrał dziś Tusk, który wreszcie wyzwolił się z wizerunku awanturnika i swoją konferencją przekazał zupełnie inne przesłanie - wy się tam bijecie, a czas zabrać się za budowanie. Nie wiadomo, czy to będzie skuteczne, bo jednak media większość uwagi poświęciły pojedynkowi. Wydaje mi się jednak, że Tusk może spróbować dalej rozegrać tę kartę, którą dziś rozgrywać zaczął - kartę ze znanym powiedzeniem "gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta". Tylko znając PRową sprawność (albo raczej jej brak) Tuska, szczerze wątpię, czy będzie potrafił.
Podsumowując: wielkie rozczarowanie. Przemoknięty kapiszon, jak ktoś tu już na Salonie trafnie spuentował, parafrazując Jarosława Kaczyńskiego. Niczego merytorycznego się nie dowiedzieliśmy (ale na to szans nie było, jak mówiłem - w półtorej minuty nawet zacząć merytorycznie odpowiadać się nie da), wybitnych zagrywek też zabrakło. Jakby obaj wyszli na ów pojedynek już z góry przekonani, że tu nic ciekawego się nie wydarzy.
Duży minus. Dla Kaczyńskiego, dla Kwaśniewskiego, dla sztabowców przygotowujących tę debatę. Nie popisaliście się, panowie.


Komentarze
Pokaż komentarze (17)