O poprzedniej debacie napisałem, że była nijaka i sprawiała wrażenie, jakby obu stronom tak naprawdę nie zależało na pokonaniu przeciwnika. Kontrast z dzisiejszą debatą pokazuje, jak bardzo nijaka była poprzednia debata. Dzisiejsza przypominała pojedynek szermierczy - nikt nikogo nie tłukł maczugą po głowie, ale krew się lała gęsto i widać było, że obie strony chcą drugą wykończyć. Na żadne uprzejmości miejsca nie było.
Oczywiście nie było też merytorycznej debaty, tak jak i poprzednio, bo nie pozwalała na to formuła. Tym razem pojedynek bokserski był jednak ciekawy - bo obie strony faktycznie drugą próbowały znokautować. Dlatego nie narzekam - obejrzałem ciekawe widowisko. A przy okazji, wbrew pozorom, było tam parę merytorycznych perełek, z których można wyłowić faktyczne, zasadnicze różnice w programie i mentalności obu partii.
Najbardziej z tych wszystkich zapadł mi w pamięć fragment o korupcji, może dlatego, że dla mnie tutaj różnica w podejściu obu partii jest najbardziej symptomatyczna. Kaczyński, posyłający za każdym człowiekiem z Samoobrony CBA, który chciałby, żeby korupcji nie było, bo ludzie będą się bać. I Tusk, który wreszcie publicznie powiedział to, czego dawno nikt z politycznego "mainstreamu" nie mówił - że korupcja nie bierze się z sufitu. Że łapówki są tylko odpowiedzią obywateli na wszechwładzę urzędników, że "okazja czyni złodzieja", że najskuteczniej eliminuje się korupcję, eliminując jej przyczyny - potężną i wszechwładną biurokrację.
A ocena debaty? Mocne 2:1 dla Tuska. 2:1, bo Kaczyński wygrał moim zdaniem część związaną z polityką zagraniczną. Tutaj Tusk na chwilę wszedł w rolę Kaczyńskiego - zaczął powtarzać slogany o nieudolnej Fotydze i wielkim Bartoszewskim, zamiast przedstawić wizję polityki zagranicznej. Ale to mały zgrzyt w porównaniu z dwoma pozostałymi działami, w których Tusk nie dał Kaczyńskiemu de facto dojść do głosu. Cała dyskusja toczyła się tam pod dyktando Tuska, który bezlitośnie zgrywał kolejne karty. Kaczyński liczył chyba na to, że zwycięstwo da mu, tak jak zwykle, słabość przeciwnika w połączeniu z własnym oratorskim talentem. Przeliczył się. Tusk brylował nawet w sferze dotychczas zarezerwowanej dla Kaczyńskiego, czyli drobnych bon motach, które zapamiętuje się z takiej debaty na dłużej. Jak chociażby owo "pana czas się już skończył", zagrane przez Tuska (zwłaszcza w połączeniu z reakcją Kaczyńskiego) po mistrzowsku. Kaczyński, co warto podkreślić, przegrał też w sferze dotychczas bardzo dla niego ważnej: "zwykli ludzie". Próbował przelicytować Tuska w swojej bezpośredniości w kontakcie z ludźmi, co w przypadku człowieka będącego od 2 lat u władzy miało raczej marne szanse powodzenia. Z czego Tusk zresztą skwapliwie skorzystał.
Poprzednia debata w sondażach nic nie zmieniła - zaobserwowaliśmy chwilowe wachnięcie, po czym wszystko wrócił odo normy. Czy dzisiejsza coś zmieni? Sądzę, że być może tak. Tusk zdjął z siebie wreszcie odium polityka nijakiego, bezbarwnego, nie wytrzymującego konfrontacji z Kaczyńskim. Pokazał się jako równorzędny przeciwnik. To może mu dać sporo punktów. Polacy to jednak kapryśny naród i często pokazują, że głosują zupełnie wbrew oczekiwaniom analityków, jak więc będzie naprawdę, dowiemy się dopiero 21 X.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)