Dzisiejsza debata była bardzo nietypowa. Uśmiałem się nieźle przed debatą, widząc na różnych portalach spodziewane łatwe zwycięstwo Tuska. Od początku było wiadomo, że będzie to dla lidera PO debata bardzo trudna, chociaż nie z tego powodu, ze Kwaśniewski jest trudnym przeciwnikiem. Raczej dlatego, że dla Tuska jest przeciwnikiem bardzo niewdzięcznym.
Pod tym względem Tusk zaprezentował się optymalnie. Dzisiejszy mecz, w przeciwieństwie do pozostałych, nie był pojedynkiem bokserskim. Nie był z jednego prostego powodu - bo Tusk musiał się pilnować. Jeżeli uznać, że to był pojedynek, to toczony jakoby na raz według różnych zasad. Według jednego zbioru zasad, dozwolone są tylko prawe ciosy, a lewe są faulami, wedle drugiej - na odwrót. W takiej sytuacji musiał dziś walczyć Tusk. Każdy jego zbyt mocny atak prawym prostym był odbierany wśród sędziów z lewej strony jako faul i na odwrót. A jak wiadomo, samymi ciosami podbródkowymi ciężko wygrać mecz bokserski.
Widać było jednak na początku, że zadanie nieco Tuska przerasta. Zaczął stremowany, Kwaśniewski bez problemu nabił mu na początku parę punktów. Potem jednak Tusk zaczął się odgrywać, cały czas pilnując równego dystansu od prawej i lewej strony. Parę ciosów mógł zbić w sposób całkiem oczywisty, ale odsłaniając się tym samym na późniejszy atak ze strony PiSu. Wolał zatem przetrzymać, aby nie utracić wizerunku.
Nie mam wątpliwości - dla osób spoza głównego politycznego sporu, nie będących ani sympatykami PO, ani PiS, ani LiD, liczącymi jeszcze na to, że w naszej kampanii wyborczej do głosu dojdzie strona merytoryczna, musiało to być widowisko żenujące. Tusk, wykorzystujący czas na odpowiedź na wygłaszanie przemówień przedwyborczych, Kwaśniewski, który przez całą debatę nie potrafił ani razu konkretnie odpowiedzieć na pytanie, obaj panowie, przerzucający się przez moment "kłamczuchami", wreszcie - żadnych informacji programowych. Ta debata jednak nie była dla nich. Była, tak jak poprzednia, wycelowana do konkretnych "targetów". Target Kwaśniewskiego był mniejszy i bardziej skoncentrowany, Tusk postawił sobie zadanie niezwykle ambitne, acz w jego wypadku konieczne - celował w całe owo 46%, które według najnowszych sondaży chce wybrać jego partię. I z konieczności, przy braku tego "trzeciego", który mógłby najwięcej napsuć, czyli Jarosława Kaczyńskiego, skupiał się na tym, żeby tym 46% szczególnie nie podpaść.
Dlatego remis taktyczny. Bo nie wygrał tutaj nikt, ale też nie to było celem. Czy Tuskowi udało się nie zantagonizować elektoratu - wydaje mi się, że tak, chociaż mam nieco wątpliwości co do tego najbardziej 'centrowego' elektoratu PO - tego, który mógł się poczuć zdegustowany prawicowo-lewicową retoryką Tuska. Ten elektorat, z czym pewnie Tusk się liczył, nie pójdzie głosować na PiS ani LiD, bo ma do nich za daleko - ale może nie pójść głosować w ogóle, a to dla Platformy może być katastrofalne.
Cóż, poczekamy, zobaczymy.


Komentarze
Pokaż komentarze (13)