pwilkin pwilkin
894
BLOG

Ante bello fini

pwilkin pwilkin Polityka Obserwuj notkę 2

    Czas na małe podsumowanie. Za półtorej godziny cisza wyborcza, czas na odpoczynek przed wyborami, uporządkowanie swoich myśli i przemyślenie tego, na kogo planujemy głosować. Dlatego pozwolę sobie na mały subiektywny opis - opis mojej drogi wyborów politycznych, który swoje chwilowe podsumowanie będzie miał w najbliższą niedzielę.

    Zaczęło się typowo. Jak na porządną wykształciuchowską rodzinę przystało, cała moja rodzina praktycznie popierała UW. Była to reprezentacja typowej dla rodzin postsolidarnościowych postawy: z jednej strony - niechęć do komunistów, z drugiej - irytacja rozkrzyczaną i wiecznie awanturującą się polską prawicą. Kiedy tylko zacząłem się interesować polityką, z łatwością przejąłem te poglądy. Zresztą, po dziś dzień Balcerowicza darzę naprawdę dużym szacunkiem. Niestety, po jego odejściu UW zaczęła schodzić na psy - walka o władzę w partii, połączona z totalnym ignorowaniem wyborców, zrzuciła tę partię w polityczny niebyt. Ostatecznym jej pogrzebaniem był pakt z diabłem, czyli kompletnie dla mnie niezrozumiały alians z postkomunistami z SLD.

    Trwały właśnie w najlepsze rządy AWS/UW i swoje triumfy święcił minister sprawiedliwości Lech Kaczyński. Przyznaję, że wówczas mnie ujął. Do tego wszystkiego dołożyła się kompromitacja elit rządzących w Warszawie, elit spod znaku UW (pogrzebując też ostatecznie moje poparcie polityczne dla tej partii). W pierwszych moich wyborach, w których mogłem głosować, poparłem Lecha Kaczyńskiego. Wyewoluowały też moje poglądy polityczne, od centrolewicowej już w schyłkowym okresie UW do centroprawicowego wtedy PiSu.

    Tutaj mały przeskok do roku 2005, czyli do wyborów parlamentarno/prezydenckich. Przez ten czas miałem okazję obserwować, jak Lech Kaczyński, z którego prezydenturą wiązałem takie nadzieje, rozczarowuje. Był lustrzaną kopią Pawła Piskorskiego. Piskorski robił wszelkie możliwe przekręty, za nic sobie miał praworządność. Kaczyński bał się zrobić cokolwiek, a jego sposobem na eliminację przekrętów było "podniesienie" procedur decyzyjnych do najwyższego szczebla i wydelegowanie ich małej garstce zaufanych ludzi, przez co na najprostszą decyzję administracyjną czekało się wieki.

    W międzyczasie do głosu zaczęła dochodzić u mnie Platforma Obywatelska. Uosabiała dla mnie tę dobrą część koalicji AWS-UW, gdzieś pośrodku między tymi dwoma partiami - wolną od narodowowyzwoleńczej retoryki, którą w międzyczasie zaczął prezentować PiS, a jednocześnie nie dystansującą się od reform rządu Buzka, które w mojej opinii były jedyną poważną próbą reformowania tego kraju po reformach Balcerowicza (uwalenia reformy zdrowia, zastąpienia kas chorych NFZem z Łapińskim na czele SLD nie zapomnę nigdy). W związku z moim rozczarowaniem PiSem i sporymi plusami PO przerzuciłem swoje poparcie na partię Tuska, nadal pozostając jednak wiernym "POPiSowcem", dzieckiem "komisji ds. afery Rywina", któremu w głowie się nie mieściło, że PO z PiSem nie stworzą po wyborach rządu.

    Niepokoić zacząłem się w trakcie kampanii. PiS, oprócz swojej tradycyjnej retoryki, poszła na otwartą wojnę propagandową z Platformą. Naruszyła cichy sojusz, który łączył te partie i zaczęła uderzać w tony bardzo dla mnie niepokojące - z jednej strony kokietowanie wyborców Rydzyka, z drugiej strony - umizgi w kierunku Leppera. Platforma wydawała się sparaliżowana takim przebiegiem kampanii, jakby "serdeczni przyjaciele z PiSu" w strategicznym momencie wbili jej nóż w plecy. Po wyborach nastąpił ciąg dalszy - PiS, nie chcąc rezygnować z absolutnej dominacji w programie rządzenia, przygotował sobie alternatywny scenariusz rządów z SO i LPR, czym ostatecznie się u mnie pogrążył.

    Dalszy ciąg wszyscy znamy, nie chcę tutaj wchodzić w szczegółową analizę "najlepszego rządu ostatnich 18 lat". PiS w strategicznym momencie zachował się jednak, jak na uczciwą partię przystało. Coraz gorzej za to zaczęła się zachowywać Platforma. Przed wyborami 2005 roku była to partia z wyrazistym programem, jasnymi twarzami, wiadomo mniej więcej było, kto tam za co odpowiada. Przed obecną kampanią wyborczą coraz częściej ukazywała twarz partii, w której wiadomo tylko jedno - kto odpowiada za atakowanie PiSu. Politycy PO ubzdurali sobie najwyraźniej, że PiS zyskał tyle elektoratu negatywnego, że samymi atakami na PiS zdobędą niezbędne poparcie.

    I w momencie, w którym zacząłem się wahać, czy nie oddać głosu "nieważnego", czyli na nijaki, ale spokojny PSL, który wszedłby w koalicję z każdym zwycięzcą tych wyborów, zdarzyły się dwie rzeczy, które spowodowały, że zmieniłem zdanie.

    Po pierwsze, PO wreszcie zmieniło wymowę swojej kampanii. Przestało walić jak w bęben w PiS i zaczęło wreszcie przedstawiać swoją alternatywę. Wrócili do tego, co prezentowali w 2005 roku, tylko opakowanego sprytnie w socjalny pakiet, żeby nie narazić się ponownie na spot PiSu z pustą lodówką. Po drugie, jako lider zaprezentował się wreszcie Tusk. Debata z Kaczyńskim była dla mnie zaskoczeniem. Zobaczyłem człowieka, który przygotował się do debaty. Nie liczył na talent, nie liczył na charyzmę - po prostu się przygotował. To dla mnie istotna różnica - zawsze bardziej ceniłem w polityce solidne przygotowanie niż charyzmatycznych przywódców, których rola, jak pokazuje przypadek Jarosława Kaczyńskiego, kończy się z reguły na wygrażaniu pięścią i rzucaniu haseł w celu mobilizowania elektoratu, bo gdy przychodzi do budowania czegokolwiek, brakuje im właśnie tej umiejętności ciężkiej, mozolnej pracy u podstaw.

    I gdy mój balans z kategorii "mniej minusów" przechylał się na stronę PO, przekonał mnie definitywnie minister Kamiński z jego konferencją prasową. Jak już napisałem Nicponiowi - jestem w stanie zaakceptować ostrą grę na boisku, ale nie potrafię zaakceptować demolowania boiska. Może to moje poglądy filozoficzne, może echa mojej dawnej sympatii do UW, a może jedno i drugie - ale tzw. metazasady się dla mnie bardzo liczą. Niech się przerzucają oszczerstwami - mnie to nie rusza (chociaż biorąc pod uwagę wyroki sądowe, w tej dziedzinie w obecnej kampanii zdecydowanie prowadzi PiS). Ale naginanie prawa, wykorzystywanie państwa w kampanii - to przeważyło szalę. Prawo i Sprawiedliwość straciło swój pierwszy człon nazwy. I resztki wiarygodności u mnie. Postanowiłem głosować na Platformę.

    I tylko gdzieś z tyłu głowy kołacze się to pytanie - co się stało z owym PiSem, który 6 lat temu popierałem? Czy to była moja młodzieńcza naiwność i PiS zawsze był taki, jaki był, czy to wizja władzy tak zdemoralizowała Kaczyńskich i ich otoczenie? Obawiam się niestety, że tutaj zachodzi ta druga opcja. Szkoda. Mogła być wielka współpraca dla Polski. Ale my, Polacy, niestety mamy talent do marnowania szans. Oby nie tym razem.

pwilkin
O mnie pwilkin

W pewnym momencie człowiek już nie wytrzymuje i musi te parę słow napisać... Dlaczego nudny? Bo postaram się, aby nie było płomiennych mów, wielkich słów i rzucania gromami, tylko chłodne, rzeczowe analizy.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (2)

Inne tematy w dziale Polityka