44 obserwujących
96 notek
153k odsłony
  2534   0

Dlaczego trzeba obejrzeć film „Wyklęty”?

Film Konrada Łęckiego „Wyklęty”, wbrew swojemu tytułowi, nie skupia się tylko na tragicznej historii polskiego powojennego podziemia niepodległościowego i antykomunistycznego, czyli historii Żołnierzy Wyklętych. Równie ważne w tym niezwykłym obrazie jest bardzo przemyślane i precyzyjne przedstawienie drugiej strony, czyli tych, którzy z Wyklętymi walczyli. Dlaczego to takie istotne? Narrator w scenie otwierającej filmu „Waleczne serce” Mela Gibsona mówi, że „historia jest pisana przez tych, którzy powiesili bohaterów”. A w powojennej Polsce nową wersję historii pisała owa druga strona, bezlitośnie i skutecznie eliminując polskich bohaterów grzebanych w bezimiennych grobach zaplanowanej niepamięci. Skoro bohaterowie przegrali, kim byli zwycięzcy?


Jedną z pierwszych scen filmu „Wyklęty” jest rozmowa Ministra Bezpieczeństwa Wewnętrznego z oficerami Ludowego Wojska Polskiego. „Chamy są?” – pyta minister asystenta, idąc na spotkanie. „Warują od godziny” – słyszy w odpowiedzi. „Ciekawe, co te Icki znowu wymyśliły” – rozmawiają lekceważąco oficerowie, lecz gdy minister wkracza do pokoju, stają na baczność. „Siad!” – rozkazuje szef MBW prężącym się przed nim dowódcom, a potem wulgarnym językiem przekazuje dyrektywy przywiezione prosto z Moskwy, dotyczące rozprawienia się Wyklętymi – „te sku*wysyny mają zniknąć z powierzchni ziemi – wszyscy!”. Ta scena, oprócz ukazania pogardliwego stosunku komunistycznej kadry kierowniczej do usłużnych zdrajców w polskich mundurach wiernie oddaje język i normy kulturowe oprawców. Reżyser konsekwentnie właśnie w ten sposób obrazuje drugą stronę, której wyraźna obcość z kulturą polską zaczyna się już w warstwie używanego języka. A więc kobieta mająca do czynienia z Wyklętymi to „ku*wa”, a ich samych „trzeba za*ebać, a nie złapać” itd. Te pozornie nieistotne elementy antykultury płynące z samej góry ostatecznie prowadzą do zezwierzęcenia i bestialstwa i tak przecież prymitywnych kadr Urzędu Bezpieczeństwa, które przejawia się w brutalnych przesłuchaniach, terrorze, gwałtach, przemocy wobec ludności cywilnej, czy braku szacunku do zwłok. Reżyser subtelnie informuje widza, że szeregowi funkcjonariusze jeszcze chwilę temu kopali rowy, a teraz służą w mundurach Polsce Ludowej. W jednym z raportów, który powstał w latach 50-tych w Ministerstwie Bezpieczeństwa Wewnętrznego, a który przywołuje w książce „Twarze bezpieki w PRL w latach 1944–1956” prof. Krzysztof Szwagrzyk tak charakteryzowana jest owa grupa: „[…] w większości byli to ludzie młodzi, pochodzenia robotniczo-chłopskiego […] Brak wykształcenia ogólnego, które u większości zaangażowanych pracowników ograniczało się do wykształcenia podstawowego (wielu miało tylko kilka klas szkoły podstawowej), nadrabiali gorliwością”.


Druga strona to nie tylko Polacy z awansu społecznego, moralni degeneraci a często analfabeci, których przydatność mierzono skalą posłuszeństwa a nie inteligencji. To także Polacy – komuniści, jeszcze z czasów przedwojennych, teraz gotowi służyć nowym panom. To z resztą też jest w filmie pokazane – ich uległy stosunek wobec Sowietów oraz pogarda i nienawiść do rodaków.


Reżyser nie zapomina też o komunistach pochodzenia żydowskiego, czyli żydokomunie, którzy licznie i chętnie służyli w aparacie represji tworzącej się Polski Ludowej. Prof. Szwagrzyk we wspomnianej wcześniej książce zauważa: „Biorąc pod uwagę, że po wojnie Żydzi i osoby pochodzenia żydowskiego stanowili niespełna 1 proc. ludności kraju, to ich 37-procentowy udział w kierownictwie Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego stanowi trudną do ukrycia nadreprezentację osób jednej narodowości."


Ale charakteryzując drugą stronę nie można nie wspomnieć o tzw. POPach, czyli Pełniący Obowiązki Polaka. Pani prof. Anna Pawełczyńska w swojej książce „O istocie narodowej tożsamości. Polacy wobec zagrożeń” pisała: „Po 1945 r. w Polsce osadzono przynajmniej 200 tys. osób (niezależnie od tak zwanych radzieckich doradców i osadzonych na stały pobyt wojsk sowieckich). Niektórzy szacują tę liczbę na bliższą 300 tys. Były to sowieckie rodziny, posługujące się wówczas również językiem polskim. Rodziny to osiedlono najliczniej w Warszawie i miastach wojewódzkich. Ich członkowie stali się bazą kadrową twardych resortów i MSZ, resortów kultury i nauki oraz środków masowego przekazu.” We wrześniu 2016 roku prof. Sławomir Cenckiewicz ogłosił, że odnaleziono w archiwach wojskowych dokumenty 20 tysięcy żołnierzy sowieckich wcielonych do Ludowego Wojska Polskiego. Uderzająca liczba, tak bardzo podobna do liczby polskich oficerów zamordowanych w Katyniu, choć przecież absolutnie do nich nieporównywalnych. Pan profesor poinformował również, że w 1945 „polski wywiad wojskowy” składał się w 100% z Sowietów. Na ich czele stał płk Gołośnicki, który zasłynął tym, że wprowadził w wywiadzie lektorat języka polskiego. A więc nastąpiła planowa podmiana elit. Nasze, polskie zostały zlikwidowane i zastąpione desantem wschodnich „nowych Polaków”, którzy Polskę i jej mieszkańców traktowali jak ludność podbitą albo wrogów. Dziesiątki tysięcy obcych przybrało polskie nazwiska, osiedliło się na polskich ziemiach, nauczyło się polskiej mowy. I wychowało następne pokolenia.

Lubię to! Skomentuj19 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura