Wybaczcie, że porwę się na słabą analogię. Otóż, komentatorzy sportowi i znawcy futbolu twierdzą, że reprezentacja Polski w piłkę kopaną gra tylko do 60 minuty każdego spotkania. Potem już, normalnie, siada, braki kondycyjne dają o sobie znać a słomiany zapał z pierwszych minut paruje nam wprost proporcjonalnie do liczby goli strzelonych przez przeciwnika. Czyli agonia nadziei i wyniku, jak zwykle. Znawcy twierdzą również, że po 60 minucie spotkania robi się najciekawiej na boisku i że jest wtedy, statystycznie rzecz biorąc, największa szansa by odwrócić losy meczu. Bo po, tej właśnie, godzinnej walce i godzinnym bieganiu z wywieszonym językiem, daje o sobie znać zmęczenie drużyn i piłkarzy, szyki zaczynają się mieszać a wytyczne trenera tyczące ustawienia poszczególnych formacji biorą efektownie w łeb. A skoro tak rzeczywiście jest to ja się ciężko zastanawiam. I po zastanowieniu przychodzi czas na sygnalizowaną wcześniej, słabą analogię. Może to, w ogóle, jakaś generalna reguła, że nam, Polakom starcza pary tylko na początku? Przykład? Taki zacny, polski król Jagiełło, sprawił kiedyś potężny łomot Krzyżakom pod Grunwaldem. Ale odstąpił już od dobijania przeciwnika i nie idąc zupełnie za ciosem, poniechał zajęcia zamków krzyżackich w Polsce i nie pogonił rycerzom zakonu kota całkowicie a zupełnie. Widowiskowe, jednorazowe zwycięstwo pod Grunwaldem i chęć zobaczenia małżonki królowej (czytaj: chuć) przesłoniło mu głębszą perspektywę polityczną, szerszy ogląd sytuacji i dlatego dał, skubany, sygnał do odwrotu. I był to sygnał odwrotu w 60 minucie meczu – jako twierdzi i rzecze komentator sportowy. Efekty decyzji zacnego króla Jagiełły odbijały się nam czkawką przez stulecia, bo spadkobiercy przegranych spod Grunwaldu robili, co mogli, żeby spuścić nam bęcki i utrudnić życie. Tak, więc sobie myślę: może to najwyższy czas, żeby doszkolić się kondycyjnie i patriotycznie i zacząć dobijać leżących wrogów i przeciwników sportowych nawet po 60 minucie meczu? Tak jak to czynią główne bohaterki względem swoich kochanków w brazylijskich serialach– wyciskają ich jak cytrynę a potem kręcą się obcasem na ich trupie. I nie wchodzi tu w grę żadna konkretna minuta miłosnego meczu – bo wiadomo przecież, że serial brazylijski ciągnie się w nieskończoność.



Komentarze
Pokaż komentarze (5)