Dla jasności: jestem Polakiem kochającym z daleka - od ponad dziesięciu lat pomieszkuję w Wielkiej Brytanii. Jakoś dni parę temu wróciłem z urlopu, wprost ze Starego Kraju. I mam spostrzeżenia. I w ramach tych spostrzeżeń mogę nawet zacząć przypinać łatki. Normalnie, przypieprzać się, czyli.
Wyspy są multikulturowe aż do bólu. Do przesady i bez rozsądnych granic. Dziś przejeżdżałem samochodowo przez dwie bristolskie dzielnice: Eastville i Easton. Czysty Bombaj i Bangladesz, słowo daje! Można to streścić tylko tak:
Jestem polskim imigrantem i mam poważny problem językowo - kulinarny. W afroamerykańskiej dzielnicy Easton, w angielskim barze z chińszczyzną, chciałem zamówić tradycyjne brytyjskie żarcie, ale mieli tylko węgierski gulasz. Plus szwedzkie pulpety mięsne z Oslo.
Jednak już w trakcie jedzenia jakoś poczułem ze są one bardziej duńskie niż Sztokholm i mniej szwedzkie niż Kopenhaga.
A metka na jednym z pulpetów głosiła: Made in Helsinki!
I tak się zastanawiam nieśmiało: czy nie można gastronomicznie uprościć sprawy i nazwać je prosto z mostu: nordyckie kule wieprzowo-wołowe na brytyjskiej emigracji? Z domieszką światowych przypraw Bombaju i Bangladeszu!
Tyle brytyjskie kulinaria. Bo kiedy przejeżdżam przez Polskę to nie widzę tej cholernej multikuktury w knajpach. Widzę, jedynie słusznie, dobre żarcie, które lubię, bo jest nasze. I to jest fajne! I to jest ekstra! Ale widzę też reklamy skierowane do Polaków, których zostawiłem w ojczyźnie. A te reklamy głoszą i kuszą: kup leki. Na wszystko: wątrobiane dla podstarzałego playboya przy rodzinnym stole i na hemoroidy dla nastolatki, której matka poleca przy okazji laktacyd i szwedzką pompkę…A jak już kupisz smarowidło na syfa i na wzwód to, wtedy, najlepiej i w te pędy, weź pożyczkę na wszystko. Chwilówkę na problemy i na leki. Bo chwilówki są najlepsze i napędzają polską gospodarkę. A dobrze rozpędzona gospodarka robi miło obywatelom, co tkwią jak huby. Bo banki i tak rozpędzają się same. Markiem Kondratem.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)