Przed kolejną kampanią - samorządową - trzeba zamknąć i posprzątać po poprzednim etapie. Kampania prezydencka miała jedną tylko, za to do dziś roztrzasaną tajemnicę. A mianowicie: dlaczego Jarosław Kaczyński zmienił się na chwilę, a teraz powraca w dawnej postaci. Dlaczego - jak to przedstawiają osłupiali ze strachu, stojący na czatach bajkopisarze - znów ma wielkie oczy (żeby nas lepiej widzieć!), wielkie uszy (żeby nas lepiej słyszeć!) i wielkie zęby (żeby nas zjeść!).
Odpowiedź jest zapewne prosta, choć ... . To nie była kampania prezydencka Jarosława Kaczyńskiego. To była kampania Lecha Kaczyńskiego. Nie wiem co zadecydowało, ale wiem, że to już było. Tak zaczynała się publiczna rola braci Kaczyńskich - od Jacka i Placka w "O dwóch takich co ukradli księżyc". Od bliźniaków i od sceny, w której jeden udawał drugiego, korzystajac z podobieństwa. Tak też postanowił ją zakończyć Jarosław Kaczyński, oddając po raz ostatni hołd bratu. Zagrał (doskonale) Lecha Kaczyńskiego. Kampania była już przygotowana, zrobili ją współpracownicy Lecha Kaczyńskiego. Jeszcze teraz nie pojmują w czym brali udział i domagają się utrzymania tej linii. Ale to było requiem, nie marsz truimfalny. A teraz następuje powrót do rzeczywistości.
Jarosław Kaczyński ma niepodważalne miejsce w najnowszej historii Polski. Ja cenię go jednak przede wszystkim za osobowść, konsekwencję i niekonwencjonalność. Dwa niezwykłe i niepowtarzalne epizody niech mu będą pamiętane: dobrowolne oddanie władzy, zamiast dogrywania mniejszościowego rządu po upadku koalicji z Samoobroną i LPR i ten ostatni - kampanię prezydencką prowadzoną w imieniu zmarłego tragicznie brata.


Komentarze
Pokaż komentarze (14)