remigiuszmielczarek remigiuszmielczarek
357
BLOG

O "predatory state", czyli państwie drapieżczym

remigiuszmielczarek remigiuszmielczarek Polityka Obserwuj notkę 0

Okazuje się, że istnieje niezła definicja rządów, jakie obecnie rozwijają się nad Wisłą. "Państwo drapieżcze", z angielska "predatory state", charakteryzuje się tym, że władza wysysa z nas pieniądze, niczym drapieżca krew swej ofiary. Rzekomo na cele publiczne, a tak naprawdę wydaje tę kasę na własne interesy.  Bartosz Marczuk w "Rzeczpospolitej" (nr 23, 28.01.2013) podaje tę definicję za Bartłomiejem Radziejewskim ("Rzeczy wspólne") - złorzecząc Donaldowi Tuskowi za fotoradary.  Urządzenia te - "szpony drapieżcy" - służą wszechwładnym urzędnikom do wydzierania z nas pieniędzy, które (choć z deklaracji mają pójść na drogi) gdzieś na pewno rozpłyną się w morzu polskiej biurokracji...

Świetnie, że komentatorzy widzą wreszcie problem i nie boją się nazywać zjawiska wprost. Ale też warto przy tej okazji spojrzeć nieco szerzej: czy "szponami predatora" nie będą dla nas takie instytucje współczesnej władzy, jak choćby ZUS, NFZ czy izby skarbowe? To wszystko jedynie pośrednicy w  zbieraniu od narodu haraczu zbyt wysokiego niż to, co aparat polskiej biurokracji daje obywatelom w zamian. Nie mamy godziwych emerytur, rzetelnej opieki zdrowotnej, niskich podatków. Oczywiście - dróg też nie mamy, ale trzeba podkreślać z całą mocą: fotoradary to tylko jeden z elementów systemu, przez który wszyscy polscy obywatele systematycznie biednieją, nie otrzymując w zamian (jak piszą przywoływani tu publicyści) odpowiedniego "serwisu" w postaci usług publicznych. Lub pieniędzy, zostawianych w kieszeni dzięki przyjaznemu systemowi podatkowemu.

Polska, choć chwali się w świecie sukcesami swojego "młodego kapitalizmu" jest w gruncie rzeczy państwem znacznie bardziej socjalistycznym, niż uchodząca za taką Szwecja. Czemu Szwedom, płacącym swojemu fiskusowi średnio 50% własnych dochodów, żyje się lepiej, niż (teoretycznie) mniej uciskanym Polakom? Ano, Szwedzi mają na każdym kroku usługi publiczne na wysokim poziomie. Wiedzą i widzą za co płacą każdego miesiąca ciężką kasę z własnych kieszeni. Ten "socjalizm z ludzką twarzą" daje im komfort bieżącego życia, bo ich składki idą naprawdę NA NICH.A nie na utrzymanie żarłocznej, "drapieżczej" właśnie, państwowej biurokracji. Na co idą składki Polaków? To jasne - w pierwszej kolejności na utrzymanie urzędników, a etatów biurokratycznych nasza władza każdego roku tworzy coraz więcej. Nie są to bynajmniej produktywne miejsca pracy: zatrudniani tam ludzie, oczywiście "krewni i znajomi królika", często pobierają sowite apanaże z publicznej składki za pracę, którą trudno ocenić czy wymierzyć. Nie wiadomo, co dają społeczeństwu setki posad urzędników NFZ w sytuacji, gdy pieniędzy na godziwe leczenie publiczne wciąż jest za mało...  Ciekawe byłyby konkretne obliczenia: ile złotych zyskają polscy pacjenci, gdyby zlikwidować jednocześnie NFZ i Ministerstwo Zdrowia - a pieniądze, potrzebne miesięcznie na ich utrzymanie, przekazać szpitalom i poradniom???

Szwedzi świetnie wiedzą o tym, że nie stać ich na biurokrację. W stutysięcznym Orebro jest tylko JEDEN ośrodek władzy politycznej, nazywa się Landstyrensen. Na jego czele stoi wojewoda i nadzoruje również sprawy lokalne, jako regionalny samorząd. W każdym polskim mieście wojewódzkim są tymczasem trzy ośrodki władzy: jeden centralny (Urząd Wojewódzki) i dwa samorządowe (Urząd Miasta, Urząd Marszałkowski). Łatwo policzyć,  ile pieniędzy są w stanie zaoszczędzić Szwedzi na zbędnych etatach biurokratycznych. Mogli dzięki temu wybudować np. sieć podziemnych parkingów pod całym Orebro. Nie trzeba przypominać, jakie problemy z parkingami mają duże polskie miasta.

Przykłady można by mnożyć i rozszerzać. "Drapieżcze" polskie państwo nie liczy pieniędzy, bowiem przyjęło strategię łupieżczą: jak nam zabraknie, to zabierzemy ludziom. W końcu mamy władzę i każemy im płacić... Tymczasem banalna prawda ekonomiczna kłuje w oczy: im więcej państwowego interwencjonizmu, im więcej biurokracji i niepotrzebnych wydatków systemowych, państwo będzie biedniejsze.  To znaczy, że ludzie w nim mieszkający będą biedniejsi - to właśnie nad Wisłą boleśnie przerabiamy od 1989 roku. A wszystkim, którzy twierdzą, że w naszej gospodarce powinniśmy wzorować się na pomysłach, sprawdzonych w bogatych krajach zachodnich, powtórzmy kolejną z banalnych prawd. Otóż Polska NIE JEST bogatym krajem zachodnim. I żadne z keynesistowskich, czyli socjalistycznych rozwiązań ekonomicznych, sprawdzić się tu nie ma prawa. Po prostu nas na to nie stać.

Wolnorynkowiec, jak S. Kisielewski. Muzyk emerytowany. :) Dziennikarz, coraz bardziej rutynowany. Czasami rzecznik. :) remigiuszmielczarek.blog.pl

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Polityka