Kiedy zaczynałam pisać o cieniach – wiedziałam, że się odezwą. I nie myliłam się. Odezwali się. W „starym dobrym esbeckim stylu” cienie cieni, którym kiedyś dano zarobić, tu i ówdzie spłacili swój dług przystępując do dyskredytacji - kpiną , kłamstwem i inwektywą. Ale także dziwnymi albo głuchymi telefonami, nocnymi dzwonkami domofonu, szperaniem po sieci, zasięganiem języka po znajomych.
Trudno o lepszą zachętę do kontynuacji pisania o esbeckich cieniach, których ostatnie wydarzenia w Polsce spychają do dramatycznej defensywy.
Prawda o tym kto jest kim i kto kogo ustawia, kto kim manipuluje – a także dlaczego – powoli przebija się do opinii społecznej. Przebija się w konkretach, których rodowód sięga przełomu lat 80-tych i 90-tych, ale źródeł zależności należy szukać znacznie wcześniej w tajemnicach przyczyn związków personalnych.
„Dorn w partii był singlem, nie miał swojej grupy” - mówi "Polsce" Adam Lipiński, jeden z wiceprezesów PiS.
W tym zdaniu, dotyczącym trwającego od dłuższego czasu a spotęgowanego wyrzuceniem Ludwika Dorna, rozpadu PiS – zawiera się sama prawda o istocie partii Kaczyńskich. Single kontra układ. Wewnątrzpartyjny, nie mający nic wspólnego z demokracją, silny układ personalnych powiązań o charakterze politycznym i biznesowym.
Singel Dorn – twórca „Prawa i Sprawiedliwości” (to on wymyślił tę nazwę partii) – spełnił rolę pożytecznego idioty i przestał być potrzebny układowi.
Mówi o tym człowiek, który tworzył PiS wraz z Dornem.
Człowiek skompromitowany korupcją , oferujący korumpowanej posłance publiczne pieniądze, sejmowe pieniądze na pokrycie prywatnych zobowiązań – co zostało nagrane i zaprezentowane całej Polsce.
Człowiek, który za swój czyn nie poniósł żadnych konsekwencji.
Człowiek, który towarzyszy Kaczyńskim, podobnie jak Dorn od czasów Porozumienia Centrum – partii o charakterze biznesowym, prowadzącej „działalność gospodarczą”, która istniała równolegle z PiS do lata 2007 roku, partii, której inny z biznesmenów powiązanych z PC i spółkami Kaczyńskich – Wojeciech Jasiński, jako Minister Skarbu w rządzie Jarosława Kaczyńskiego umarza zobowiązania PC wobec Polski na kwotę 700 000 złotych.
„Bo nie ma z kogo ściągnąć, skoro partia nie istnieje” - jak nie bez racji, cynicznie stwierdza Jarosław Kaczyński.
Jednak należy zadać dość oczywiste pytanie: Dlaczego, skoro istniało „Porozumienie Centrum” – powstało „Prawo i Sprawiedliwość”? Po co Kaczyńskim była nowa partia, skoro już jedną, zaistniałą na scenie politycznej, mieli?
Odpowiedź jest prosta – potrzebowano partii czystej finansowo. Bez powiązań z uwłaszczeniem się razem z komunistyczną nomenklaturą na majątku narodowym. Bez „działalności gospodarczej” prowadzonej w rozlicznych spółkach Kaczyńskich, w których pousadzano ludzi z układu. Bez powiązań personalno-biznesowych.
Porozumienie Centrum nie pasowało do zamierzeń propagandowych Kaczyńskich i mogło zniweczyć plany zawładnięcia umysłami i emocjami Polaków przy pomocy tromtadracji patriotyczno-religijnej wspartej niemal podprogowym przekazem: „Jesteśmy tacy jak wy, biedni ale mądrzy i uczciwi i nienawidzimy komuny”
Potrzebna była nowa formacja, do której ludzie powiązani ze starą formacją wejdą bez bagażu pozostawionego pod pieczą innych nazwisk w starej partii.
Potrzebne było przedstawić się Polakom , jako „Prawo i Sprawiedliwość” – co bezbłędnie wyczuł Ludwik Dorn wymyślając nazwę nowej partii Kaczyńskich.
Wcześniej, znacznie wcześniej, w roku 1980 – Wojciech Jasiński rzuca doskonale rozwijającą się karierę urzędniczą a w rok później rzuca legitymację PZPR. Podejmuje pracę menadżera i radcy prawnego. Wstępuje do „Solidarności”.
TAK! Wstępuje do „Solidarności”!
Oczywiście nie jest internowany, ani w żaden sposób szykanowany przez władze.Ta cudowna przemiana w początkowym okresie stanu wojennego pozwala Jasińskiemu nadal doskonale zarabiać i żyć na dobrym poziomie.Tym większe jest zaskoczenie, że w 1986 roku nasz cień rzuca wszystko w diabły i wyjeżdża na dwa lata do Stanów, gdzie podobnie , jak swego czasu Andrrzej Olechowski w Niemczech, jak Zacharski, jak wielu, wielu innych „klepie biedę” zdobywając zaufanie Polonii i nie tylko Polonii.
Musiało mu się nieźle powieść w USA, skoro zamiast spodziewanych 6-7 tysięcy dolarów, zaledwie po niecałych dwóch latach przywiózł 20 tysięcy i zaczął żyć, jak światowiec.
I tu rodzą się kolejne pytania: Skąd się wzięło owe 20 tysięcy? Z pracy w myjni samochodowej czy na budowach – w Stanach, w drugiej połowie lat 80-tych?
W tym czasie wywożono z Polski dokumentację SB i deponowano ją w „odpowiednich miejscach” u odpowiednich osób w rożnych miejscach świata. Najłatwiej było, bez wzbudzania podejrzeń czynić tak w ramach wyjazdów ludzi na emigrację zarobkową.
Spora część dokumentów w SB była przenoszona na mikrofilmy, oryginały niszczono – lecz także czyszczono, fabrykowano i fałszowano istniejącą dokumentację. Nie było więc trudno przewieźć materiały, które w przyszłości „mogą się przydać”.
Jeśli powiąże się fakt posiadania tej „dodatkowej” wiedzy o tym CO, NA KOGO i GDZIE się ma – z dziś już dobrze dokumentowanym faktem infiltracji „Solidarności” przez ludzi SB – wiele nadzwyczajnych karier po roku 1989 – zaczyna budzić zainteresowanie. Zwłaszcza, jeśli okazuje się, że można cudownie rozmnożyć owe 20 tysięcy dolarów, a raczej to co z nich zostało po wydaniu sporej ich części na ówczesne luksusy: samochód, wyjazdy na wczasy w ciepłych krajach, i rozrzutny styl życia, na dodatek nie pracując przez kilka lat.
Dziś Wojciech Jasiński uważa się za człowieka zamożnego. Już przed wyborami w 2001 r. swój majątek szacował na ponad pół miliona złotych. Pół miliona złotych zaledwie niecałe dwa lata po roku 1990 – kiedy to Jasiński „przypomniał” sobie o swoich najlepszych przyjaciołach z lat studenckich - braciach Kaczyńskich .
Czy tyle mógł „zaoszczędzić” nie pracując od powrotu ze Stanów, i podejmując w 1990 roku pracę pełnomocnika d/s reformy samorządowej w województwie płockim, powołany na tę funkcję przez Jerzego Regulskiego?
Oficjalnie z polecenia Jakuba Chmielewskiego z płockiego Komitetu Obywatelskiego, bo podobno Jarosław Kaczyński , już wtedy skonfliktowany z Wałęsą powiedział mu: „Jeśli chcesz tę pracę, to się do mnie nie przyznawaj.”
Jak to jest możliwe, że w Płocku, w małym mieście, w którym ludzie się znają, w którym przeszłość Jasińskiego, jego powiązania, układy, rodzina – nie były tajemnicą, ktoś poleca go na bardzo wysokie stanowisko w nowych władzach, nowej, wolnej Polski?
Czy Jasiński nie „przyznawał się” do bliskich kontaktów z Kaczyńskimi?
Dalszy rozwój wypadków po roku 1990 zdecydowanie temu przeczy.
Nie tylko Jasiński przyznaje się do braci Kaczyńskich – co więcej bracia Kaczyńscy niezmiernie chętnie przyznają się do Jasińskiego. I to w wielce wymowny politycznie i finansowo sposób.
Ale o tym w następnej części.
Artykuł Andrzeja Stankiewicza i Piotra Śmiłowicza „Minister doświadczony politycznie” http://www.rzeczpospolita.pl/dodatki/liz_060908/liz_a_3.html


Komentarze
Pokaż komentarze (36)