Cud solidarności świata.
Miliony wpatrzone w telewizory, ze łzami w oczach witające każdego uratowanego górnika.
Chile, dalekie Chile dało światu nie tylko lekcję wspaniałej solidarności, skuteczności działań, i determinacji – ale także lekcję wiary.
Działania niespieszne, ale starannie wykonane. Uporczywie ale bez paniki zmierzające do celu.
Delikatnie i ostroznie budowano nadzieję odsuwając ja w czasie – tak, by gdy problemy rozwiązywano wcześniej – rosly nastroje optymistyczne.
A przecież nic nie było pewne. Wynik do końca był niewiadomy. To pierwsza taka operacja. Pierwszy raz użyta metoda.
I nikt ekspertów nie pouczał, nie wiedział od nich lepiej, nie krytykował powolności, nie domagał się by już, natychmiast...by nie ci a tamci, by miedzynarodowi a nie ci po sąsiedzku...
Przecież zasypani ludzie przesiedzieli tam na dole ponad dwa miesiące.
I teraz można powiedzieć – wcale nie było pewne, czy tam nie zostaną na zawsze.
I nikt nie wykorzystywał dramatu dla celów politycznych.
Opozycja chilijska nie organizowała marszów z pochodniami, Nikt nie wrzeszczał sloganów partyjniackich. Nikt nie pomstował na rząd i nie obarczał go winą za katastrofę.
Nikt nie opluwał prezydenta, premiera, nie malowano im rąk krwią..
Msze święte odbywały się bez oklasków dla „swoich” i wybuczania przedstawicieli partii rządzącej.
NIKT
Modlono się po katolicku – nie po partyjnemu.
Czy tam żyją inni ludzie niż u nas?
Czy dlatego nie ma w Salonie 24 tekstów o tym cudzie?
Czyżby to wstyd...
I czy dlatego TAM się tak wspaniale UDAŁO?


Komentarze
Pokaż komentarze (54)