Popatrzcie - jemu naprawdę się wydaje, że jest kimś wielkim i ważnym w Polsce. Ba, NAJWAŻNIEJSZYM! Co najmniej tak, jak w swojej partii. Przyzwyczaił się za czasów prezydentury swojego brata – być tym, którego zdanie było ważniejsze od zdania prezydenta. Prezydent – to ktoś, kto go musiał słuchać i liczyć się z jego opinią od zawsze, jak długo pamięta.
I nie umie kompletnie zrozumieć, pogodzić się z tym, że tak, jak nie może już wejść, ot tak, prosto z samochodu, w szumie obstawy do Pałacu Prezydenckiego, zjawić się w dowolnej rezydencji prezydenckiej, gdzie powitają go pokorne spojrzenia i czołobitne powitania polskich urzędników, jego poddanych - tak nie może wydawać poleceń i stawiać żądań NIKOMU.
Że jest jedynie szeregowym posłem, utrzymywanym za pieniądze podatnika (podwójnie nawet, bo za jego szefowanie swojej partii też płaci mu podatnik) i nie ma praw większych niż tenże podatnik. Że jego wrzask i puszenie się, te śmieszne oznaki megalomanii, to napindrzanie się w tym poczuciu bycia wielkim i ważnym – kojarzą się Polakom albo z psychiatrycznymi aberacjami, albo z nawykami komunistycznego myślenia i pojmowania świata. Albo i z jednym i z drugim równocześnie.
I zapewne stąd domaganie się dla siebie nadzwyczajnej pozycji, posłuchu i traktowania z powagą należną komunistycznym apartaczykom. Wszak przyzwyczaił się od czasów „miejsc lepszych niż podwórka”, rodziny w doskonałych układach z władzą komunistyczną od samego jej początku – do tego, że jemu „się należy”
Jakże to śmieszne, i jakie żałosne, że ktoś taki, tak niepojmujący niczego z czasów, w których żyje, z demokracji, z wolności, odgrodzony aparatczykami i obstawą od rodaków, widzący ich jedynie poprzez spotkania wyborcze, nigdy WSRÓD, zawsze NA PRZECIW – usiłuje wrzaskiem wymuszać sytuacje, które są odbiciem jego wyobrażeń o własnej roli, pozycji i sile – a są jedynie wytworem mentalności zbudowanej na przywilejach komuny, jakich był przez niemal całe życie beneficjentem.
Ileż pogardy jest w tym małym człowieku wobec Polski, Polaków, ich wyborów, ich decyzji ich woli, ich świętości, które używa jak gadżety przydatne w grze o władzę.
Ileż pogardy żywi wobec własnego elektoratu, z którym zresztą nie musi się specjalnie liczyć – bo spora jego część to ludzie tacy sami, jak on, tylko mniej cwańsi, mniej ekspansywni i nawykli do słuchania poleceń.
Gdy słyszę, jak „zwalnia” ludzi ze stanowisk jemu niepodległych, jak „usuwa” z telewizji programy, których nienawidzi – to nie tylko widzę kim jest, ale wyobrażam sobie co się działo, gdy był premierem a jego brat prezydentem. To musiało budzić grozę.
Jak taki kłamca, megaloman, marnej moralności i jeszcze marniejszego intelektu mógł nabrać tyle ludzi na swój patriotyzm, katolicyzm, wpajając nienawiść do wszystkiego co prawdziwie polskie i katolickie. Jak podpinanie się pod cudze sukcesy, fabrykowanie zasług, których nie było, przypisywanie sobie nieswoich osiągnięć, zawłaszczanie spraw nieprzynależnych – słowem ten chory, nienormalny i nieuczciwy sposób autoprezentacji, mógł zostać przyjęty za prawdziwy, za rzeczywisty. Jak mogło dojść do powstania sekty, której członkowie w znakomitej większości, poza cynicznymi karierowiczami żerującymi na ludzkiej głupocie – nie są nawet świadomi przynależności do niej?
Jak mogło dojść do tego, że patriotyzm zastąpił PARTIOTYZM. A katolicyzm – KACZOLICYZM?
Polaku, kimkolwiek jesteś, szarym obywatelem, czy Prezydentem RP – nie przepraszaj, gdy tego się domaga obrażający Ciebie człowiek.
To Tobie należą się przeprosiny – od Jarosława Kaczyńskiego.
Czas go tego nauczyć.


Komentarze
Pokaż komentarze (120)