„Była cenioną funkcjonariuszką, a jej teren łowiecki stanowiły damskie akademiki. Przekupstwem, groźbą i szantażem zmuszała te nieszczęsne wystraszone prowincjuszki do składania regularnych meldunków o życiu koleżanek i kolegów. „
/cytat/
Informacje pozyskane w ten sposób przydają się do dzisiaj. Wiadomo, która z ówczesnych dziewczyn przerwała ciążę, która wpadła w złe towarzystwo, której zrobiono jakieś zdjęcia....jaki chłopak tam się zaplątał, jakie to były związki, trwałe czy nietrwałe, kto się upijał, kto miał coś brzydkiego na sumieniu....
Jeśli się jest w posiadaniu takich materiałów łatwo jest dotrzeć z nimi do dorosłych już ludzi i wywierać wpływ. To się nazywa szantaż, ale użyjmy mniej paskudnego określenia, jak na przykład perswazja.
Pani, nazwijmy ją Ziula, umiała gromadzić potrzebne informacje i poza tym, że dostarczała je „gdzie trzeba” - budowała sobie z nich całkiem spore, prywatne archiwum.
Ciekawe ile z tych zastraszonych kiedyś dziewczyn, dzisiaj także drży w obawie przed wiedzą resortowej matki, którą dzisiaj dysponuje jej resortowy syn.
I tu mam pytanie do autorów „Resortowych dzieci” - dlaczego postać owej resortowej „archiwistki”, jej resortowego męża i jej resortowego syna nie znalazły się w ich książce?
Byłby to pasjonujący rozdział tego paszkwilu.
Jedyny, bez wątpienia, prawdziwy.
7875
BLOG


Komentarze
Pokaż komentarze (288)