Poseł Giertych dzisiaj roztrąbił na caly kraj, że rzekome podsłuchy Ziobry to Watergate polskiej polityki. Monstrum polskiej polityki próbuje za wszelką cenę odwlec termin wyborów. Chyba mu się to nie uda z kilku przyczyn.
Po pierwsze, Giertych zakłada, ze obywatele znają slowo Watergate. Niektorzy pewnie tak, ale elektorat LPR zwykle ma problemy z przeliterowaniem własnego nazwiska, a o odszyfrowaniu jakiejś obco brzmiącej nazwy lepiej nie mówić. Ultrakatole rusza do słowników i przeczytają, że Ziobro zrobil nam "wodnistą bramę", co w ich małych umysłach spowoduje jeszcze większy zamęt.
Po drugie, sprawa Watergate zakładała inwigilację poważnych polityków takich, jak politycy partii demokratycznej, jednej z dwóch głównych sił stanowiacych filar amerykańskiej demokracji. W przypadku Giertycha określenie Watergate nie ma żadnego sensu, bo wartość informacyjna takiego podsłuchu jest żadna. Kogo z ABW czy CBA mogłoby interesować, że Giertych zakupił 1000 krzyżyków na pielgrzymkę do Jasnej Góry albo opłacił Bosakowi wejściówkę na koncert jakiegoś faszyzującego zespołu.
Po trzecie, Giertych jest postacią kabaretową, jakims wyrośnietym ludzikiem z kreskówki Adams Family. Ziobro mógł podsłuchiwać chyba tylko dla zabawy, aby odprężyć się i posmiać z głupoty ex-wicepremiera.
Choć to ostatnie jest bardzo malo prawdopodobne


Komentarze
Pokaż komentarze (3)