Pisze mi pan/pani Gita2, aby przez chwilę pomyśleć o czymś lżejszym, a nie tylko doszukiwać się dna. Że bywa coś ponad dnem. To nie jest tak, moi państwo, abym wszędzie węszył zło i korupcje, nie mam w sobie nic z policjanta czy prokuratura. I pomyślałem sobie, że góry mogą tu być odtrutką na wszystko. Że jedynie tam można znaleźć spokój i prawdę. A tymczasem guzik prawda.
Pisałem niedawno o chęci sprzedaży kolei linowej na Kasprowy Wierch. Prawda, nie jeżdżę tam od lat, od kiedy kolej robiła mi łaskę, zabierając na górę za niemałe pieniądze, po kilku godzinach odstawania w kolejce do kasy. Mowa o zimie i nartach. Wybrałem Słowację. Ale teraz Słowacy są pierwsi w kolejce do kupna kolejki, dają za nią 35 milionów euro, co jest kwota o tyle śmieszną, że to narodowe dobro nie powinno być w ogóle wystawione na licytacje. Dobro warte co najmniej kilka razy tyle. Ale jaki to gospodarz, co sprzedaje swoje najbardziej dojne krowy i kury znoszące złote jajka? To Polskie Koleje Państwowe i zapewne jeszcze ten supernieudacznik i grabarz polskich kolei i dróg Grabarczyk, zatwierdził sprzedaż Kuźnic i Kasprowego. Czyli państwo w zaniku! Bo skoro sprzedaje to co najcenniejsze, to tego państwa nie ma już wcale, jakkolwiek by tuski nas przekonywały.. A gdyby tak sprzedać dom Tuska nas Kaszubach, Grasia dozorcostwo pod Krakowem, Komorowskiego żyrandol w pałacu prezydenckim? Powtórzę: sam zamysł sprzedaży kolei na Kasprowy Wierch jest tak absurdalny, niegodny i niepolski, że inicjatora tego swoistego happeningu powinno się odizolować od społeczeństwa na dobrych kilkanaście lat.
I widzi pan/pani Gita2. można na co dzień bez nerwów?
A jednak można. Kiedy pomyślę o moich jesiennych Tatrach, o Łomnicy i Popradskim Plesie, o Trzydniowiańskim, Rakoniu i Wołowcu. O Babiej Górze zrobionej w tym roku dwukrotnie. O Pilsku, o Mogielicy, o tych wszystkich małych beskidzkich górach, które odwiedzam rokrocznie, bo bez nich nie do wyobrażenia. O Hali Krupowej, gdzie do dziś ślady Karola Wojtyły. I teraz uświadamiam sobie, że od dobrych kilku lat nie zaniosło mnie na Leskowiec w Beskidzie Małym, zwykle wchodzę na niego od Ponikwi. A tam także ścieżki Janapawłowe, swoista droga Męki Pańskiej, trochę podobna do tej na Koskowej; albo ołtarze Pawłowe na Turbaczu, który najbardziej chyba z polskich gór pokochał Karol Wojtyła. No i ten widok z Turbacza na całe Tatry, od Hawrania na wschodzie, po Osobitą na zachodzie!
Prawda jednak i taka, że od lat nie byłem w Beskidzie Śląskim, a przecież przed laty jeździło się do Szczyrku na narty, a Skrzyczne było wówczas pierwszą narciarską górą w Polsce. I z pierwszą chyba w Polsce kolejką krzesełkową. I jedyną trasą zjazdową. Bo ta niegdysiejsza z Kasprowego od strony Goryczkowej i przez Myślenickie Turnie zarosła kosówką, drzewami i nie ma po niej cienia śladu. I gdyby przyszło nam organizować wielkie alpejskie zawody narciarskie, a przymierzano się do Pucharu Świata bądź mistrzostw Europy,, musieli byśmy je urządząć wspólnie ze Słowakami. Zaś co do Skrzycznego, to ta góra spsiała całkowicie. Nadal stareńka kolej krzesełkowa, i nadal orczyki, dla których jedyne dziś miejsce, to muzeum zaszłości. Wiem, nie ma pieniędzy na nic, ale gdyby tak skrzyknąć kilku bogaczy, niechby postawili na Skrzycznem na nowoczesność. Wspomnienie: przed lat patrzyłem na Skrzyczne z Klimczoka - to okropny widok na te przetrzebione narciarskimi trasami lasy, na wyłysione grzbiety gór. Nie ma odwrotu.
Telefonicznie pyta mnie o radę redaktorka jednej z gazet lokalnych co dać na okładkę pisma, skoro grudzień, a tu grama śniegu. Radzę: daj coś z jesieni i dopisz, że taką mamy dziś zimę. To w takim razie u nas także jesienny widok tatrzański...
PS. Słucham w radiu o katastrofalnych wichurach i stratach. Przyroda całkiem oszalała, bo i śniegu poskąpiła w górach...



Komentarze
Pokaż komentarze (1)