...żyć mi dziś przyszło w kraju nad Wisłą". To taka piosenka, melodyjna i słowa jakby trochę inne.. A co mają powiedzieć uczestnicy ambergolda, co to potracili całe fortuny w tam parabankowym szambie .Albo ci, co na endoprotezę czekają po kilka lat, ba, nawet na usunięcie wyrostka całymi miesiącami, jeżeli nie ma się zaprzyjaźnionego ordynatora lub panienki w rejestracji. Albo dostań się na medycynę, kiedy na jedno miejsce jest kilku chłopaków z najlepszymi świadectwami i wszyscy na piątke zdali trudny egzamin. Albo na podobną piątke egzamin radcowski, skoro tam dwudziestu kandydatów. Zaś wracając do tego bankowego przekrętu warto wiedzieć, że prezes tej szemranej spółki ma na swoim koncie kilka wyroków z odsiadką, którą odsiedział na fotelu prezesa. Takie są polskie sądy - skażą cię za kradzież kostki masła i przejście nie na pasach, ale ukraść sto milionów, to zbyt błaha sprawa dla polskiego sądu, aby się duperelami zajmować.
Żyć mi dziś przyszło w kraju nad Wisłą.
A tak na poważnie, to ja to mam prawdziwe szczęście, bo tylko w tym kraju jest mi dobrze. I choć miałem w życiu trochę możliwości, aby zamienić Wisłę na inną, bogatszą rzekę, nigdy tego nie zrobiłem i wcale tego nie żałuję. Źle mówię, jest mi średnio, mogło by być lepiej, ale Kraków to moje miasto, Polska to mój kraj i tu czuję się najlepiej. Innym jest jeszcze lepiej, to prawda. Mirom, grzechom, zbychom i tej całej złodziejskiej bandzie, która rządzi w moim i twoim imieniu. A właściwie nie tyle rządzi ile kradnie. Pocieszam się tym, że wszędzie kradną, może nie tyle na rządowych posadach, ale co to za pociecha. Ważne, że cyryl, który przyjechał z sowietów bratać się tu z naszymi biskupami, wyjechał stąd usatysfakcjonowany, podobne miny mieli nasi episkopaci, a że każdy zapewne w duszy czuł, że wszelkie bratanie z tymi ze wschodu nie ma żadnych szans na realizacje - to inna sprawa.Zbyt wiele jest zaszłości po jednej i drugiej stronie. Stamtąd nigdy nie mieliśmy ani pomocnej dłoni, ani dobrego słowa, to niby skąd teraz miałoby się to wszystko znaleźć? Na pewno palma bardziej potrzebna niż dzida, dobre słowo bardziej niż gniew, ale mając swoje lata i trochę doświadczenia i znajomości historii, bardzo sceptycznie patrzę na to kościelno - cerkiewne zbratanie. Niemniej dobrej woli nigdy za wiele. Chyba że car Wszechpolski, niejaki Tusk weźmie pastorał, założy mitre i rozpocznie chrystianizacje tamtego kraju. Ponieważ jego czas zaczął się już odliczać, niechby się chłop rozglądnął za kolejną dobrą fuchą.
Obawiać się jedynie można, że następny który zasiądzie na tym fotelu, po pół roku swoją teściową zatrudni jako szefową stołówki w urzędzie tak zwanej rady ministrów, syn/córka będą doradcami w ministerstwach, podobne nowaki będą budować autostrady i nowe tory kolejowe. Dopóki tuskopodobni będą decydować co w Polsce jest dobre a co złe, tak długo będzie trwał ten za przeproszeniem bajzel i znikąd ratunku. Chyba, że cyryl z Michalikiem coś tam w Górze załatwili i po protekcji uda się odmienić Polskę.
Wrócę tu na chwilę do piętnastego sierpnia. To jedno z najważniejszych polskich świąt państwowych, równe Trzeciemu Majowi. Jestem na Wawelu na dziesiątą, po inne lata zawsze była msza święta, kompania honorowa wojska, orkiestra wojskowa i przemarsz Drogą Królewską pod Grób Nieznanego Żołnierza. Na Wawelu pusto, nie ma wojska, nie ma orkiestry, a na placu Matejki pod Grobem żywej duszy. To nam już tak to święto spowszedniało, tak spsiał dobry patriotyczny i żołnierski obyczaj, że zrezygnowało miasto i wojsko ze swoich obchodów? Jak dalej tak pójdzie, to zapomnimy o obchodach patriotycznych i wzorem Tuska będziemy uważać polskość za nienormalność, i bardziej się nią wstydzić, niż być z niej dumni. Inka Siedzikówna, kurierka majora Szendzielarza, kiedy rozstrzeliwał ją pluton bezpieczniacki krzyknęła "Niech żyje Polska". Dziś już takie bohaterstwo nie jest, dzięki Bogu potrzebne, ale potrzebny jest przynajmniej odruch, który każe nam wywiesić flagę w dniu święta państwowego i uznać, że piętnasty sierpnia dwudziestego roku, to ogromnie ważna polska data. Gdyby nie Marszałek, czerwona gwiazda, a tfu, powiewała by zapewne na ulicach Warszawy, Berlina i Paryża. Wyobrażamy to sobie? Chyba nie, bo ani by tych słów nie było, ani nikogo z nas.
Ja to mam szczęście.
240
BLOG



Komentarze
Pokaż komentarze (2)