![]()
Koledzy z Power Verticalzaczynają mi działać na nerwy. Za każdym razem kiedy wpadam na dobry pomysł na posta, okazuje się, że już zrobili go pierwsi (i w dodatku robią to lepiej niż ja). Weźmy na przykład "wyjście" skanalizowanej przez Kreml "opozycji", które zbiegło się idealnie z wizytą Hillary Clinton i robiło wrażenie jakby kraj cieszył się niezwykle barwnym i aktywnym systemem wielopartyjnym. Wybaczcie, ale to przedstawienie w wykonaniu Żirinowskiego i Sprawiedliwej Rosji jest jak przeceniony o 10 dolarów Rolex na rynku w Pekinie: fałszywy, fałszywy i jeszcze raz fałszywy. Za PV:
Czy mamy teraz wierzyć, że Władimir Żironowski i Gienadij Zjuganow to ostatni wielcy obrońcy rosyjskiej demokracji? Byli zszokowani, oburzeni i dotknięci faktem, że Kreml - ojej! - ustawił wybory i zdecydował się utrzymać tę decyzję.
Tak, jasne. Oczywiście chodzi tu o coś innego. (...)
Po pierwsze Żirinowski, który zainicjował wyjście, nie robi nic równie ważnego bez ukrytego motywu (i nigdy nie jest nim postęp demokracji) i zachęty przełożonych z Kremla.
Jak wskazuje Daniła Galperowicz z RFE/RL w komentarzu do wydarzeń, przemówienia deputowanych LDPR, które zainicjowały wyjście i mówiły o rzekomej falsyfikacji wyborów z 11 października "były w sposób oczywisty wyćwiczone co do słowa".
Oprócz tego parlamentarna rebelia została szeroko i dużym szacunkiem opisana przez rosyjskie media, w tym główne kanały państwowej telewizji. W ściśle kontrolowanym świecie rosyjskiej telewizji takie rzeczy nie dzieją się przez przypadek.
"Czy Gienadij Zjuaganow, Siergiej Mironow i Władimr Żirinowski ze swoimi zwolennikami zebrali się nagle na odwagę by wywołać wielki skandal bez przyzwolenia swoich patronów?" pytał retorycznie Michaił Rostowski w komentarzu dla gazety "Moskowskij Komsomolec".



Komentarze
Pokaż komentarze (2)