0 obserwujących
1 notka
26k odsłon
  24808   0

W sprawie profesora Kieżuna

 W poniedziałkowym wydaniu tygodnika Do Rzeczy głównym tematem jest rzekoma współpraca prof. Witolda Kieżuna z PRL-owską Służbą Bezpieczeństwa. Redaktor naczelny tego pisma nazwał tekst autorstwa Sławomira Cenckiewicza i Piotra Woyciechowskiego „jednym z najważniejszych tekstów w polskiej prasie w ostatnim okresie”, a tygodnik umieścił temat na okładce czasopisma.


Witold Kieżun jest niekwestionowanym bohaterem Powstania Warszawskiego, cudem ocalałym więźniem sowieckiego obozu śmierci, wybitnym naukowcem w dziedzinie ekonomii, szanowanym ekspertem ONZ w Afryce, ostrym krytykiem sposobu transformacji gospodarczej i administracyjnej Polski po 1989 r., a od kilku lat jednym z najpopularniejszych żyjących autorytetów i wzorów wśród prorozwojowo i patriotycznie nastawionych Polaków, przede wszystkim wśród młodych.


Nie dziwi więc, że publikacja ta wywołała wielkie poruszenie – z jednej strony żal do redakcji za obrzucenie błotem szanowanego bohatera, z drugiej strony jakobińską dumę redaktorów, którzy nie zawahali się ściąć głowę w „słusznej sprawie” jednemu ze – jak mówi Rafał Ziemkiewicz - „swoich”.
Przyznam, że zapowiedź tej publikacji osobiście bardzo mnie dotknęła. Uważam siebie za zwolennika lustracji, a w braku prawdziwej dekomunizacji Polski widzę – zresztą podobnie jak profesor Kieżun – jedną z głównych przyczyn patologii ostatnich 25 lat. Natomiast historia życiowa, osobowość i kompetencje profesora Kieżuna zrobiły na mnie ogromne wrażenie i był on dla mnie dotychczas ogromnym autorytetem i przykładem, jak być porządnym człowiekiem i Polakiem oraz dowodem, że mimo wszystko warto.

Wspomnienia profesora w jego książce biograficznej Magdulka i cały świat czytałem jednym tchem. Ogromne wrażenie zrobiła nie tylko jego biografia, która jest przykładem ogromnej odwagi, wytrwałości, patriotyzmu i siły ducha, ale też sam sposób w jaki o niej opowiada – skromnie, szczerze, otwarcie, optymistycznie, bez goryczy, mimo tego, czego doświadczył. Imponowały mi również jego inteligencja, przenikliwość analityczna, osiągnięcia naukowe i sprawność umysłu w tak zaawansowanym wieku. Byłem świadkiem kilku jego wystąpień, które potwierdziły moje wrażenie. W końcu, na początku roku miałem okazję spotkać się z profesorem osobiście i przeprowadzić z nim wielogodzinną rozmowę. Spotkanie to potwierdziło moją ocenę, że Witold Kieżun jest najwybitniejszym znanym mi żyjącym Polakiem i wzorem wartym naśladowania. 

O pogłoskach, że w archiwach IPN-u  „coś jest na Kieżuna” usłyszałem pierwszy raz ok. rok temu, ale tłumaczyłem to jego działalnością wykładową i ekspercką dla rządu PRL-u oraz wyjazdami za granicę. W swojej książce dość otwarcie wspominał o wezwaniach, rozmowach i zagrywkach z funkcjonariuszami SB i było to dla mnie wiarygodne.


Ale czyżby autorzy tacy jak Cenckiewicz, do którego miałem dość duże zaufanie, oraz redakcja zazwyczaj rzetelnego czasopisma odpalili taką bombę jądrową, gdyby nie znaleźli czegoś więcej? Czegoś, co zupełnie zmienia postrzeganie Witolda Kieżuna, jakie wynika z dotychczasowych informacji i jego własnych wspomnień? Czyżby odpowiedzialna redakcja zniszczyła tak naprawdę jeden z niewielu pozostałych nam żyjących autorytetów bez odpowiednich powodów? Czyżby bohater okazał się oszustem i kapusiem?


Dlatego istotne są dla mnie odpowiedzi na dwa pytania:

  1. Czy zarzuty wobec profesora są uzasadnione i wiarygodne?
  2. Dlaczego redakcja Do Rzeczy zdecydowała się na publikację tematu w tym czasie i w taki sposób?


Dziś nie jestem w stanie na nie ostatecznie odpowiedzieć. Niniejszy tekst jest tylko podsumowaniem moich pierwszych refleksji i wniosków.


Czy zarzuty wobec profesora są uzasadnione i wiarygodne?

Z tekstu opublikowanego wynika, że w 1973 r. (czyli 41 lat temu) SB zarejestrowało profesora Kieżuna jako TW Tamiza, a zamknęło teczkę po jego wyjeździe na emigrację w 1980 r. Z materiałów SB wynika również, że prof. Kieżun nigdy nie podpisał zobowiązania do współpracy, nie brał pieniędzy od SB, czyli wygląda na to, że nie ma dowodów na to, że wiedział o swojej rejestracji i był świadomy swojej roli jako TW.


Jeśli chodzi o sam tekst w Do Rzeczy, to patrząc z zewnątrz rzeczywiście czyta się go fatalnie. Autorzy celowo układają narrację w taki sposób, aby przedstawić Kieżuna jako gorliwego donosiciela, który osobiście utożsamiał się z celami SB i często wkładają w tok  słów urywków z teczek swoje własne interpretacje, np. w ten sposób:


„[Kieżun] był tak zaniepokojony rozwojem ruchów antykomunistycznych, że w sierpniu 1977 r. zaproponował bezpiece skuteczniejszą metodę walki z opozycją.” piszą autorzy Do Rzeczy. Czyta się to przerażająco. Czytamy jednak dalej: 

 

„Pójście na represje – miał tłumaczyć SB – nie przywróci zamierzonego celu rozwiązania tego zjawiska, a może podnieść popularność ich organizatorów.  […] [Kieżun] uważa, że najbardziej trafnym rozwiązaniem było wydanie amnestii i zamknięcie sprawy czerwca ubiegłego roku”.

Lubię to! Skomentuj120 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale