Coraz mniej polskości w Polakach. Brzmi to bardzo przygnębiająco, ale prawda jest niestety bolesna. Obserwując ludzi, rozmawiając z nimi, odnoszę wrażenie, że patriotyzm stał się reliktem przeszłości, terminem należącym do romantycznych bohaterów, czymś, o czym należy uczyć na lekcjach historii.
Dziś większość Polaków jest zachłyśnięta Europą, choćby największy idiotyzm, ale przyniesiony z zachodu jest godny naśladowania. Podobne tendencje wykazują tzw. elity. Ciągłe naśladownictwo i kopiowanie rozwiązań z zachodu przyniosło już naszej ojczyźnie wiele zła, jak choćby reforma szkolnictwa powołująca do życia gimnazja, które są wylęgarnią patologii.
W tym miejscu na dłużej chciałbym zatrzymać się przy młodych. Kilka lat temu kończyłem studia. Na 5 roku praktycznie w ostatniej chwili dorzucono nam zajęcia dotyczące świata współczesnego, w tym momencie nie pamiętam dokładnej nazwy tych zajęć. Chodziło o to, że podczas tych zajęć dyskutowaliśmy o różnych problemach współczesności. Dla mnie dyskusje, jakie prowadziliśmy były smutnym dowodem na to, że proces wynaradawiania i kształtowania tzw. homoeuropeicusa nie jest bynajmniej wymysłem prawicowych oszołomów, ale dokonuje się na naszych oczach. W zajęciach, o których mówię nie uczestniczyły tylko studenci z ówczesnego 5 roku, ale także młodsze roczniki, było to wszystko wymieszane. Muszę przyznać, że gdyby nie kilka osób z mojego roku, czułbym się jak zupełny odludek, człowiek z innej planety. Mając na uwadze to, czego nasłuchałem się podczas tych akademickich dyskusji, nie dziwią mnie w ogóle obecne wydarzenia z Krakowskiego Przedmieścia w Warszawie. Nie dziwi mnie to stado pełnych nienawiści bojowników o laickość państwa. Nie dziwi rzesza ludzi fanatycznie nienawidzących chrześcijaństwa. Nie dziwi, bo już kilka lat temu zrozumiałem, że religią młodych staje się polityczna poprawność, a filozofią relatywizm moralny. Próba dyskusji, podczas tych moich nieszczęsnych zajęć, o wartościach najczęściej była zbijana zdaniem: „nie istnieje coś takiego jak wartości uniwersalne, którymi powinien się kierować w życiu człowiek, bo to, co dla jednego jest złem, wcale nie musi być złem dla kogoś innego”. Zwolennicy tego poglądu bronili go jak dogmatu, żadna argumentacja nie była w stanie ich przekonać, że prezentowane przez nich myślenie prowadzi ludzkość z powrotem do jaskini.
Wielokrotnie nasłuchałem się też, jakim to przeżytkiem są państwa narodowe. Unię europejską i wszystko, co z zachodnie ci postępowi studenci traktowali niczym ziemię obiecaną, przy której Polska jest siedliskiem ciemnoty i zacofania. Całe szczęście, że miałem jakieś oparcie w kilku osobach, podzielających moje opinie. Co prawdo było ich niewiele i to większość z 5 roku, ale ich postawa dawała nadzieję, że nie wszyscy mają klapki na oczach.
Nie zmienia to faktu, że po tych zajęciach zawsze miałem ból głowy. Wysłuchiwanie np. o wyższości mężczyzn z zachodu nad Polakami, o tym, jakim to uwielbieniem cieszą się cudzoziemcy z wymiany, sprawiało, że zastanawiałem się, po cholerę w ogóle takie zajęcia wprowadzili, żeby ktoś miał etat? Niektóre studentki były do tego stopnia pozbawione taktu, że opowiadały, jak to ich koleżanki z akademików robią dobrze ustami studentom z zachodu. W tym miejscu warto zadać pytanie, jak młodzież ma nauczyć się miłości i szacunku do ojczyzny, skoro historii będę nauczać ją ludzie o takich poglądach? Naprawdę druga Hiszpania nie jest wcale taka nierealna.
Moja konkluzja sprowadza się do tego, że tworzenie homoeuropeicusa w Polsce przynosi już widoczne efekty. Zdecydowana większość młodych ludzi ulega propagandzie politycznej poprawności oraz źle pojętej wolności okraszonej bezkresem tolerancji. Patriotyzm i przywiązanie do tradycji jest dla nich śmieszne, niemodne i nieatrakcyjne.



Komentarze
Pokaż komentarze