0 obserwujących
103 notki
160k odsłon
  378   0

Chlebaczek i cygańska muzyka

''Świat chlebaczek i cygańska muzyka
Słoneczne szkło porysowane ostrzem słów dla odwagi
Choćby do góry nogami
Lecz Ty powiesz – przestań, takie nasze co komu nastało
i do dna...''
 
W środę 28 października pożegnaliśmy Grzegorza Lipińskiego. Kiedy szliśmy za jego trumną na malborskim cmentarzu, myślałem o lecie 1983 roku i roześmianym chłopaku, który popisywał się w basenie jachtowym w Krynicy Morskiej sprawnymi zwrotami na 420-ce. Podpłynął do mnie i o coś zapytał. Tak się poznaliśmy. Zwrócił moja uwagę radością, roześmianiem, brakiem wahania, brakiem kalkulacji. W otoczeniu przygaszonych, nieśmiałych,wystraszonych i kalkulujących wyróżniało go to niezwykle korzystnie. Był kolorowy, był śmiały, był spontaniczny, był roześmiany a czasem prostacki. Był Randallem McMurphy PRL-u.  W post-PRL-u też próbował taki być, ale tam to już było trudniej bo Kombinat zdążył wypracować mechanizmy do neutralizowania Randalla i jemu podobnych.
Ponieważ wtedy, w Krynicy bezskutecznie poszukiwałem kogoś kto pomógłby mi przeprowadzić jacht do Gdańska bo nie miałem specjalnie ochoty na samotną walkę z mostkami, śluzami, płyciznami i zakrętami wąskich kanałów, oczywiście popłynął ze mną nowo poznany Grzegorz. Dzięki tej podróży trafił do Świetlika i tak nasze drogi przeplatały się przez 32 lata. Wyprawa, która powinna trwać nie więcej niż dwa dni zajęła nam dni siedem, bo jak to w tamtych czasach bywało obsługa mostu w Rybinie nie mogła się oderwać od musztardówek i przetrzymała nas pięć dni, aż do przejścia ''bary''. Ja jak zwykle ostro się awanturowałem, mostowi zachowywali stoicki spokój a Grzegorz śmiał się, zbierał jabłka w opuszczonym sadzie, gotował kisiel z jabłkami ratując nas przed śmiercią głodową /skończyły się oczywiście pieniążki/ i wcale nie uważał, że jest to czas stracony. Jeszcze niedawno po 30-tu latach wspominał z radością to jabłkowo - kisielowe menu zaskakując mnie szczegółami:'' a pamiętasz jaką miał marynarę ten dziadek w Rybinie?'' Kiwałem głową, że tak doskonale pamiętam, oczywiście nie mam zielonego pojęcia jaką miał marynarę dziadek w Rybinie ale Grzegorz musiał zauważyć coś niezwykłego, może marynara dziadka była hen, gdzieś sprzed I Wojny Światowej?
Zaryzykuję twierdzenie, że Grzegorz Lipiński był z innej epoki, może z XVII wieku, może w genach utrwalił się tak mocno obraz tamtego świata, tamtego sposobu życia i tamtej wolności, że Komisja Edukacji Narodowej, nauczyciele,urzędnicy i telewizornia nie potrafili niczego w nim zmienić. Grzegorz poddawał własnej ocenie wszystko co próbowali mu wmontować i raczej pozostawał w rejonach dla nich słabo dostępnych. Przemieszczał się chyżo i szybko, zawsze z tą torba na ramieniu,którą ja nazywałem chlebaczkiem ale on przechowywał w niej notatki, jakiś tomik poezji i stosowne napoje, malował obrazy, pisał wiersze,czytał św. Augustyna, Simone Weill i Conrada, grał na organkach,śpiewał, komponował bluesy na gitarę,wędrował, rozmawiał z prostymi ludźmi spotkanymi przy drodze, bronił bezdomnych w elbląskim tramwaju przed wściekłym atakiem kanarów,organizował rejsy morskie i spotkania przy ognisku na skarpie nad Nogatem, pilnował muzycznej edukacji córki na trzech aż instrumentach, wspinał się już po 50-ce na 320m maszt w Trzeciewcu, jeździł w Gorce ratować bacówkę i pił wódkę z rybakami w Piaskach nad Zalewem Wiślanym. Zdarzało się, że blefował, brakowało niekiedy rzetelnej wiedzy, systematyczności ale na pewno miał wyczucie prawdy, inteligencję, nietuzinkową intuicję i wrażliwość. Ze Świetlika wyszło, jak w zachwycie przypominają przy każdej okazji różni publicyści, kilku posłów, marszałkowie Sejmu, wojewoda,premier,doradcy prezydenta, radni Gdańska i Sopotu, ''znany'' pisarz, sprytni i zamożni przedsiębiorcy. Nie wydaje mi się żebym choćby o kilku z nich mógł z czystym sumieniem napisać to samo.
Pojawiają się głosy o jego głównej przywarze, która wiodła go do przepaści, o braku odpowiedzialności i teatralnym geście na koniec. Ja to wszystko wiem bo widywałem go może niezbyt często ale obserwowałem krytycznie. Mimo wszystkich /i narastających/ jego wad lubiłem Grzegorza za ranne telefony, kiedy próbował rozmawiać ze mną o św. Augustynie [nie zawsze za nim nadążałem], za błyski inteligencji, kiedy jednym celnym zdaniem trafiał w ''dwunastkę'', za niechęć do instytucji i organizowanego przez urzędników życia, za staropolska gościnność, kiedy do pociągu było już tylko 20 min. a on podgrzewał zupę ''bo trzeba przecież coś ciepłego zjeść'', za niezwykły, ciepły stosunek do najbiedniejszych - bezdomnych,których wszyscy omijają szerokim łukiem a on przysiadał się i rozmawiał normalnie, tak jak z każdym,za niechęć do wielkich miast i wierność swojej małej ojczyźnie - Malborkowi a także za umiejętność dokończenia stachurowej strofy, która ja miałem zwyczaj cytować przy jedzeniu:'' lubiłem jeść, najbardziej rosół, on był dla mnie złota myśl jedzenia ''-a Grzegorz bez pudła kończył : ''mogłem nawet pięć talerzy jak ten głupkowaty''
W ostatnich latach ujawniła się ciemniejsza część jego natury. Hyde brał górę nad Jekyllem. Widziałem, że słabnie, pojawiaja się coraz częściej zachowania konformistyczne, że niepostrzeżenie dla siebie pozostaje buntownikiem już tylko w sferze werbalnej w rzeczywistości szuka oparcia u ''ciepłych'' i możnych tego świata. Zaczął ciążyć w kierunku ludzi, których ja uważałem za absolutnych szmaciarzy. Pojawiła się zapewne niebezpieczna myśl o celu, który uświęca środki. Był w pułapce. Wiedział o tym ale nie zmieniał scenariusza. Konsekwentnie zmierzał do sytuacji kiedy nie będzie miał już ruchu. Mówił kilka razy o zakończeniu. Wiedziałem, że tym razem nie blefuje, było w tym za dużo determinacji- nie przypuszczałem, że to będzie teraz- już. W kuluarach będą może trwały dywagacje czy taki krok to tchórzostwo czy tez może męstwo. Grzegorz wiedział, że argumentów ma za mało w zderzeniu ze ścianą a z każdym miesiącem może ich mieć już tylko mniej. Nie chciał litości od ludzi ani opieki od instytucji. W świecie, w którym mizerne pozory niezależności zapewnia karta bankomatu, on który jej zapewne nie miał, wiedział że ostatni krok w kierunku wolności należy mimo wszystko do niego.
''Ujrzałem raz słonecznym rankiem jak szedł wśród zwykłego otoczenia wschodniej przystani - wzruszający, wymowny, tajemniczy i niemy. Takim właśnie powinien mi się wydać. A do mnie już należało - z całym współczuciem do jakiego byłem zdolny - znaleźć odpowiednie słowa dla wyrażenia jego istoty.
Był jednym z nas.''

Zbigniew Gołębiewski

 

Lubię to! Skomentuj2 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale