Lewacy i niepodległościowcy z ekscytacją przerzucają się oskarżeniami o wzajemne prowokacje i agresję podczas manifestacji w Święto Niepodległości w Warszawie. Walka między dwoma obozami trwa w najlepsze w mediach społecznościowych. Jednak żadna ze stron nie widzi przy tym sedna sprawy.
Idzie poważny kryzys, władza w całej upadającej UE spodziewa się rosnącego niezadowolenia społecznego, będą masowe zwolnienia, bankructwa, urośnie bezrobocie, będzie dochodzić do coraz większych rozruchów i otwartych walk z policją. Przykładem jest Grecja, Hiszpania, niebawem Włochy. Następna w kolejce jest Francja.
Coraz więcej obserwatorów uważa, że stawką jest przetrwanie całego systemu społeczno-polityczno-gospodraczo-ideologicznego zbudowanego po drugiej wojnie światowej, który na naszych oczach bankrutuje pod ciężarem własnego zadłużenia. Ale nie tylko o to chodzi. Chodzi też o być-albo-nie-być konkretnych ludzi, grup, środowisk.
Polskie elity widzą, co ich czeka, bo w Polsce przecież lepiej nie będzie. Dlaczego miałoby być? Być może chodziło zatem o to, aby przy okazji 11 listopada eskalować napięcie, napuszczać jednych na drugich, tak żeby można było w TV pokazać Polakom spektakularne akty wandalizmu (np. spalenie wozów trasnmisyjnych).
Wszystko po to, aby prawem utrudnić demonstrowanie przeciw władzy w przyszłości, kiedy już nie będziemy zieloną wyspą i komuś, tzn. "warchołom, wanadalom i zadymiarzom", przyjdzie do głowy zrzeszać się i demonstrować niezadowolenie z rządu na ulicy i siać "zamęt społeczny".
Oburzony Prezydent RP już proponuje zmianę przepisów dotyczących zgromadzeń. Premier mówi o potrzebie zmian konstytucji... I jak zwykle wszystko dla naszego dobra.
Reszta to teatr. I to wcale nie taki dobry.



Komentarze
Pokaż komentarze