25 obserwujących
125 notek
71k odsłon
  1119   0

Bodajbyś cudze dzieci uczył !

 
Tak na pierwszy rzut oka, autor tego starego powiedzenia musiał być bardzo sfrustrowanym pedagogiem, albo w ogóle się minął z – nomen omen – powołaniem.
 
I pewnie, dlatego też, na przestrzeni wieków sporą część Systemu Oświaty (brrr… co za określenie) odciążali zakonnicy, dla których powołanie jest oczywistością.
 
A że zakonnicy swoich dzieci nie mają, te, określane, jako cudze, a powierzone ich opiece, traktują jak swoje (nawet, jeśli te dzieci, potrafią mieć 190 cm, być ogolone na łyso, nosić dresy i tatuaże, jak to się nierzadko zdarza).
 
W Polsce przedwojennej też tak było, dopóki komuniści, w ramach zaorywania przeszłości, nie zamknęli prowadzonych przez zakony szkół, przedszkoli, ochronek i zakładów wychowawczych.
 
Można powiedzieć, że Różanystok został doceniony szczególnie, bo zamykanie w 1954 roku - renomowanego wówczas gimnazjum salezjańskiego w Różanymstoku - nadzorował osobiście Mieczysław Moczar!
 
Wówczas mieszkało i uczyło się w Różanymstoku ponad 500 uczniów
(prawdziwe miasteczko).
 
Salezjanów i salezjanki wywieziono siłą w ciężarówkach w drugi kraniec Polski (do Lądu nad Wartą), a młodzież rozpędzono. 
 
Musiała się ta fachowa likwidacja (cóż, nie ma to jak doświadczenie…) Różanegostoku w centrali spodobać, bo (już po październiku 56 !) Mieczysław Moczar został szefem MSW, członkiem Komitetu Centralnego, a nawet Biura Politycznego PZPR.
 
Szybko okazało się, że zachłyśnięci budową Nowego Społeczeństwa doktrynerzy, zawalili nie tylko sprawy gospodarcze, o które się ostatecznie przewrócili, ale i wiele innych, w tym wychowanie młodzieży.
 
System nie dał sobie rady z wychowaniem młodego człowieka, bo największym systemu wrogiem była rodzina, choć gdy mowa o wychowaniu, to każdy normalny człowiek przyzna, że najlepiej wychowuje właśnie rodzina.
 
Potem, po 1989, rodzina wrogiem być przestała, ale miejsce rewolucji, zajęła transformacja, ze wszystkimi jej plusami, ale i minusami, dotykającymi polskie rodziny bezpośrednio – bezrobociem, emigracją za chlebem, przestępczością, rozwarstwieniem społecznym wreszcie.
 
Zazwyczaj problemy szkolne poprzedzane są problemami rodzinnymi. Jeżeli dom jest kochający i funkcjonalny, a dziecko jest akceptowane i w tej mikrowspólnocie, jaką jest Rodzina, czuje się dobrze, to będzie się czuł równie dobrze w tej makrowspólnocie, jaką jest szkoła.
 
Natomiast jeśli w domu jest dysfunkcjonalność – to młody człowiek przynosi ją do szkoły. A to znaczy często nieakceptację, nieumiejętność rozmowy, agresję itd…” mówi ksiądz Piotr.
 
I w rezultacie, młody człowiek, ląduje w ośrodkach wychowawczych, państwowych lub nie, na przykład w Różanymstoku.
 
W życiu tak jest, że człowiek, za czynienie dobra, ma prawo oczekiwać nagrody.
I jeśli wierzy w Boga, to ma ją zagwarantowaną w niebie.
 
Jeśli wierzy, ale jest taki troszkę niecierpliwy, to ma szansę dostać taką nagrodę już na ziemi – i nie myślę tu o medalu Komisji Edukacji Narodowej, jakim rok temu nagrodzony został nasz Ksiądz Piotr (który skromnie mówi, że do dziś nie wie, za co dostał ten medal).
 
Taką nagrodą, daną tu i teraz, w życiu doczesnym, jest dla nas (wszystkich – wychowanków, pracowników Ośrodka, zakonników) fakt, że – dwóch uczniów w tym roku ukończyło gimnazjum z czerwonym paskiem, a trzech na egzaminach gimnazjalnych z angielskiego otrzymało ponad 40 punktów na 50 możliwych!
 
A jeśli dodać, że 80% tegorocznych absolwentów - z własnej woli!!! - znalazło kolejne szkoły
(zawodowe i średnie), to myślę sobie, że ten, kto powiedział „Bodajbyś cudze dzieci uczył!”, to wcale nie był żaden frustrat!
 
To był mądry i dobry człowiek, i tylko – jak to w życiu bywa, źle zrozumiany został :-)
Lubię to! Skomentuj5 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale