Wczoraj zmarł prof. Zbigniew Religa. Dziś zmarł Andrzej Samson. Obaj poświęcili się nauce.
Religę nauka wyniosła na szczyt, Samsona wciągnęła w mrok, z którego nie potrafił się wydostać.
Nie ma ich. Śmierć zjednoczyła ich w ziemskim niebycie, ale nie w pamięci o ich życiu. Śmierć ich zrównała, ale w wyłącznie w wymiarze cierpienia najbliższych i błagania wierzących, ale nie w świadectwie człowieczeństwa.
Religa to doskonały chirurg, ale nigdy nie podzielałem jego pomysłów na reformę służby zdrowia, a nawet uważałem jego pomysły za szkodliwe. Tym niemniej był człowiekiem szlachetnym szeroko obejmujących dobro człowieka w swym umyśle. Profesor wojował z Bogiem, wydzierając mu z pociągu do raju pasażerów z rezerwacją miejsca i wykupionym biletem. Odszedł wielki wojownik, dobry człowiek.
Samson wypłyną na bardzo wzburzone morze nauki, na demoniczne fale zakamarków ludzkiej psychiki, i przegrał. Tonął i wypływał, wyrzucają na śmietnik pornografię chciał być może ostatni raz spróbować chwycić koło ratunkowe. Na filmie nadanym po aresztowaniu widziałem cienie istnienia. Zewnętrznie wyglądały jak człowiek, ale człowiek był w tych cieniach zamurowany. Może w jeszcze oczach pozostały ślady żalu, bólu, ale to za mało i za późno na cokolwiek. Cienie pokonały Andrzeja Samsona. Nie podołał, utonął, przegrał wszystko.
Ile absurdu zmieści się w dwóch pustych krzesłach przy biurku, w dwóch niedokończonych książkach, dwóch niewypalonych papierosach?
Pozdrawiam.
Inne tematy w dziale Polityka