Trochę z przerażeniem. Trochę z zażenowaniem przyjmuję relacje z „obchodów” czy też wydarzeń mających przypominać kolejne miesiące od tragicznej katastrofy w Smoleńsku. Opis tego co działo się na warszawskim Placu Piłsudskiego podczas happeningu zorganizowanego przez Ruch 10 kwietnia nawet nie zaskakuje. Prezentowane przez uczestników hasła i demonstrowane gesty mają jeden tylko cel: wzbudzać niechęć i nienawiść do wszystkich , którzy myślą inaczej. A że tych myślących inaczej niż bojówki PiS – bo to chyba ich zwolennicy – nie słyszałem, by ktoś z tej partii wyraził swoje oburzenie – jest większość , jak pokazały to prezydenckie wybory, to na razie możemy chyba jeszcze w Polsce spać spokojnie. Jest to na pewno próbka tego co nas czekałoby, gdyby wynik wyborów był inny, gdyby zwyciężył Kaczyński. Na pewno dzisiaj mielibyśmy już inna, tą na wzór tegoż happeningu, Polskę. Przy okazji, dzialacze PiS wieńce skladają przed krzyżem w Warszawie. Przecież ciała pary prezydenckiej spoczywają na Wawelu. Tam "patrioci" powinni kazdego 10-go zmierzać. Oczywiście, nikt by ich tam nie zauważył. Nie byłoby demonstracji. To się organizuje nie ku pamięci, ale dla wzniecania zamętu.
Kilkadziesiąt godzin po katastrofie, kiedy pojawiły się pierwsze sygnały o tym, że para prezydencka ma być pochowana na Wawelu, napisałem tekst, który w trzy miesiące po tragedii uważam za wart powtórzenia.
WAWEL DLA PREZYDENTA KACZOROWSKIEGO
Ktoś rozkołysał nastroje. Właściwie nie ktoś, bo chyba wiemy kto. Jeżeli nawet nie wymawiamy tego nazwiska głośno, to i tak mamy je w świadomości. Stało się coś, co nie powinno się stać. Nie ma odważnych by zmienić decyzję. Pojawiają się za to próby uogólnienia, rozmydlenia , złagodzenia skutków skandalicznej czyjejś decyzji. Ciekawe. Do dzisiaj nikt nie wypowiedział imienia tego, kto na taki pomysł wpadł. On sam także przyznać się nie ma odwagi. Czyżby się przestraszył? Czyżby zrozumiał, iż zranił uczucia części narodu? Nie wierzę. Przecież decyzja była wyrazem nie emocji, ale pychy, wrodzonego braku pokory, przerostu ambicji. Takich mamy dzisiaj bohaterów. Wodzów nie mamy wcale.
Kolejny dzień oglądam powitania powracających w trumnach szczątków. Teraz robi się już lżej. Już wymienia się nazwiska a nie nazwisko. Wśród tych 96 byli tacy, którzy zasłużyli na wyróżnienie, na szczególne uszanowanie, na podziw. Tak się szczęśliwie w moim życiu ułożyło, że bezpośrednio poznałem trzech.
Lecha Kaczyńskiego spotkałem podczas jakiejś międzynarodowej konferencji w Genewie. Był wówczas chyba jeszcze zastępcą Wałęsy w NSZZ Solidarność. Rozmawiałem z nim kilkadziesiąt minut., po czym nagrałem rozmowę dla naszej rozgłośni. Nie zrobił chyba na mnie większego wrażenia, bo niewiele z tamtego spotkania pamiętam.
Macieja Płażyńskiego witałem w Oleśnie kiedy przyjechał na Opolszczyznę, by wesprzeć nas w tworzeniu struktur Platformy Obywatelskiej. Przyjechał z żoną i z trójką swoich dzieci. By nie zanudzać rodziny marszałka sejmu nudnym dla nich zapewne spotkaniem politycznym, zorganizowałem kierowcę, by moim busem zawiózł ich do ciekawszych miejsc w regionie. Irena posłużyła za przewodnika. Potem spotkałem go jeszcze kilka razy odwiedzając znajomych w gmachu sejmu. Bardzo żałowałem momentu, kiedy Płażyński opuścił PO. Uważałem to za ogromną stratę dla partii. Śledziłem jego dalsze losy. Nie trzeba było go w ogóle bliżej znać, by spostrzec iż jest to polityk przede wszystkim niezwykle uczciwy. To można zauważyć i wyczuć analizując codzienne zachowania ludzi. Łobuza, karierowicza, krętacza, matacza łatwo rozpoznać, łatwo odróżnić od ludzi uczciwych , bezinteresownych.
Trzecią osobą z którą się bezpośrednio spotkałem był prezydent Ryszard Kaczorowski. Poleciałem z Monachium do Londynu , by spotkać się z delegacją chłopskich działaczy z Polski. Delegacji przewodniczył Roman Bartoszcze. Była to jesień 1989 roku. Zostaliśmy zaproszeni do rządowego pałacyku. Przyjął nas pełniący od kilku miesięcy funkcję prezydenta RP na Uchodźstwie Ryszard Kaczorowski. To spotkanie było niezwykle ważne dla działaczy z Polski. Dla mnie była to kolejna osoba wśród wielu znaczących rodaków pozostających poza krajem, na emigracji. Wiedziałem, że życiorys każdej takiej osoby to żywa historia i zapis dramatycznych losów zgotowanych najpierw przez Hitlera i Stalina a potem przez aliantów Polsce. Kołyma, łagry, Palestyna, Monte Casino, generał Maczek, cicho ciemni – to słowa wyznaczające szlak każdego z tych ludzi. Ryszard Kaczorowski był jednym z nich. Ale Ryszard Kaczorowski wyróżniał się jeszcze tym spośród pozostałych, że był członkiem prawowitych władz RP na uchodźstwie, by wreszcie zostać na koniec ostatnim prezydentem.
Dzisiaj brzmi to dumnie i znajduje uznanie. Trzeba jednak pamiętać, że tam, na emigracji, w Anglii, w Londynie trzeba było mieć w sobie naprawdę olbrzymi zasób wiary i przekonania, że to co się robi ma kiedyś posłużyć wolnej Polsce, że to ma się przyczynić do przywrócenia Polsce i Polakom nad Wisłą pełnej suwerenności i wolności, że to jest niezbędne, że ta praca ma wartość i jest konieczna. Ci ludzie, którzy w to wierzyli i tej wiary do końca nie utracili, należeli do mniejszości. Z każdym rokiem ich ubywało. Nie tylko dlatego, że umierali, ale także wskutek ciągłej nagonki, ciągłego szczucia i judzenia przez dygnitarzy placówek PRL. Ludzie komunistycznej dywersji nie wytrzymywali. Ulegali namowom, pokusom, pogłoskom i zapewne także zastraszeniu, groźbom i opuszczali obóz rządowy. Trzeba było mieć naprawdę bardzo dużo silnej woli, by to wytrzymać i przetrwać, zwłaszcza, że robili to za nic. Nikt im pensji nie płacił. Prezydent Kaczorowskim zarabiał jako księgowy, a jego poprzednik Kazimierz Sabbat jako producent pierzyn.
Obserwowałem to na przykładzie dwóch działaczy PSL Tadeusza Chciuka Celta i Franciszka Wilka. Obydwaj byli związani z Mikołajczykiem. Obydwaj niemal równocześnie z Mikołajczykiem opuścili kraj. Franciszek Wilk zamieszkał w willi po Stanisławie Mikołajczyku, kiedy ten w 1956 roku przeniósł się do USA. Tadeusz Celt właśnie jako działacz PSL został przyjęty przez Jana Nowaka Jeziorańskiego do RP RWE w Monachium. Celt z uśmieszkiem na ustach, może i drwiną opowiadał mi o londyńskim rządzie i prezydencie. Kilka miesięcy potem poznałem Franciszka Wilka i słuchałem o konieczności trwania rządu i legalnych władz II RP.
Wspominam o tym, by zwrócić uwagę na postać prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego. Do dzisiaj brzmią mi w uszach nawoływania : … Panie redaktorze! Panie redaktorze!. Szedłem ulicą gdzieś w centrum Londynu. Nagle usłyszałem: Panie Redaktorze! Panie Redaktorze! Zaskoczony zacząłem się rozglądać. Dopiero po chwili, gdzieś pomiędzy przechodniami, spostrzegłem stojący przy chodniku samochód i mężczyznę machającego ręka w moim kierunku. Natychmiast poznałem gospodarza rządowego pałacyku, który nas gościł kilka dni wcześniej. Podszedłem. „ Dokąd Pan zmierza? Podwiozę Pana.” Deklarował szybkimi zdaniami. Przypomniałem o tym zdarzeniu Panu prezydentowi Kaczorowskiemu kilka lat temu podczas jakiegoś spotkania w Częstochowie. Twierdził, że pamięta je. Może to była tylko kurtuazja?
Dzisiaj, na ekranach telewizorów często wymienia się Jego nazwisko. Nic dziwnego. Wrócił do kraju. Pięknie powitał Go premier Tusk. Kiedy orszak żałobny ruszył z lotniska, po raz pierwszy od minionej soboty w oku zakręciła mi się łza. Na pewno dlatego, że spotkała go taka tragedia. Ale myślę, że przede wszystkim dlatego, iż Polska, Polacy jeszcze nie wiedzą jak wielką postacią był Prezydent Kaczorowski. Jeżeli dzisiaj mówimy o symbolach, o patriotyzmie o Ojczyźnie – to właśnie Jego, prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego trzeba było o to pytać. To jest postać godna Wawelu. To mógłby być – nie – to jest symbol i jako symbol powinien być odprowadzony przez nas na Wieczny Odpoczynek.
Od czasu do czasu w mediach wzniecana jest dyskusja o tym co to oznacza i w czym się przejawia PATRIOTYZM. Wsłuchuje się w jej przebieg. Za każdym razem głośno do telewizyjnego ekranu krzyczę: Jedźcie do Anglii, do Devonu, do Szkocji, do Argentyny, Brazylii, ba, do Chicago gdzie znajdują się jeszcze skupiska polskich emigrantów z lat II-ej Wojny Światowej, gdzie osiedli żołnierze Armii Andersa, gdzie mieszkają uciekinierzy polityczni z PRL, usiądźcie z nimi, rozpocznijcie rozmowę o kraju, o Ojczyźnie, szybko zrozumiecie co to znaczy patriotyzm.
Tymczasem poddani reżimowi chwili, mimo iż spostrzegliśmy fałsz, stajemy się świadkami chyba zakłamania, przewartościowania zdarzeń i życiorysów. Gdyby życiorys Ryszarda Kaczorowskiego podzielić na części, to wystarczyłoby go na kilku bohaterów narodowych zasługujących na Wawel. Jak to się stało, że dla nich nie ma tam miejsca?



Komentarze
Pokaż komentarze (9)