Czy można popierać prawo Izraela do akcji przeciwko Hamasowi, jednocześnie rozpaczając nad losem wielu Palestyńczyków w Gazie?
Można. To streszczenie mojej postawy. Uzasadnić ją trudno, potrzeba by kilku stron - więc odpuszczę.
Dziś w izraelskich mediach głośno o palestyńskim lekarzu. Izz el-Deen Aboul Aish, ginekolog ze szpitala w Gazie, zna hebrajski, więc był dla izraelskich mediów bardzo cennym informatorem ze Strefy, skoro dziennikarzy tam nie wpuszczono.
Był - dziś został ewakuowany przez Izraelczyków po tym, jak zabłąkany (?) pocisk trafił w jego dom i zabił trzy jego córki.
Czy słysząc o niewinnych ofiarach można powtarzać, że tak musi być na wojnie, że od lat niewinne ofiary padają po stronie żydowskiej? Każdemu, kto stracił bliskich, musi to zabrzmieć jak straszny dysonans. A jednak można tak mówić, bo tak jest.
Napisał dziś w salonie jeden z blogerów:
Praktyczne skutki izraelskiej "uzasadnionej samoobrony" wypowiedzmy przed lustrem. Na głos: "Ponad połowę ofiar stanowią kobiety i dzieci". A teraz zapytajmy Żydów, ilu niewinnych Arabów muszą zabić w Gazie, by przyznać przed światem, że każdego Araba z Gazy uznają za winnego?
To średniowieczne założenie, że każda kobieta i "dziecko" to niewinni, mężczyzny zaś losem jest walczyć i ginąć. Nie te czasy. Hamas czynnie wspiera wiele kobiet, jeszcze więcej nastolatków. To trochę wyjaśnia, choć oczywiście nie wszystko.
Ale nie słyszałem jeszcze, by ktokolwiek w polskich mediach lub blogosferze raczył uwzględnić demografię strefy Gazy. Bez tego trudno zaś pojąć statystyki ośrodka w Ramallah, wg którego liczba palestyńskich ofiar śmiertelnych przekroczyła już 1100, a jedną trzecią stanowią dzieci - czyli osoby poniżej 18. roku życia.
Otóż w 1.5-milionowej populacji Gazy - młodsi niż lat 18 stanowią 56% ogółu.


Komentarze
Pokaż komentarze (77)