Dwa miesiące temu, na kilka tygodni przed spektaklem zafundowanym nam przez Janusza Kaczmarka, przedstawiłem postulat oczyszczenia PiS z dawnych działaczy PZPR. Pisałem: (…) gdzie Rewolucja? Gdzie Idea? Czemu PiS korzysta w rządzeniu z usług ludzi kompletnie tego niegodnych? Czemu Jarosław Kaczyński woli byłych członków PZPR od setek wiernych mu młodych ludzi?
Kierowała mną nieufność do peerelowskich działaczy, wykształcona w dużym stopniu właśnie dzięki politycznej postawie Jarosława Kaczyńskiego. Obecny premier przez lata mówił o układzie sterowanym przez członków dawnych komunistycznych służb i aparatu partyjnego. Według Kaczyńskiego potrzebna była ostra lustracja, dekomunizacja i likwidacja zgubnych skutków „grubej kreski”.
Tymczasem po objęciu władzy przywódca Prawa i Sprawiedliwości stworzył rząd pełny dawnych pezetpeerowców. Oczywiście część z nich była członkami koalicyjnej Samoobrony, lecz reszta objęła stanowiska z nominacji PiS.
I stało się to, o czym mówił sam Kaczyński – któryś komunistyczny aparatczyk okazał się niegodny zaufania. To, że był nim akurat Kaczmarek jest pewnym zaskoczeniem, ale nie wierzę, by premier nie znał przeszłości swego ministra.
Jeśli zaś faktycznie nie znał, to obowiązujący w PiS „system bezpieczeństwa” przy przyjmowaniu nowych członków stał się własną parodią. Kandydaci do PiS (oczywiście Kaczmarek członkiem PiS nie jest) muszą bowiem wyspowiadać się w formularzach z całej swojej przeszłości, a jeśli urodzili się odpowiednio wcześnie muszą dodatkowo przynieść zaświadczenie z IPN. Powoduje to, iż proces przyjęcia do partii trwa obecnie od 5 do 12 miesięcy (!).
Tak drastyczne reguły miały na celu stworzenie z Prawa i Sprawiedliwości elitarnej partii i uniknięcie takich sytuacji jak ta z Kaczmarkiem. Jarosław Kaczyński wolał jednak, wbrew własnym zasadom, odwrócić się od stworzonych przez siebie kadr. Teraz widzimy jaki efekt to przyniosło.


Komentarze
Pokaż komentarze (23)