Słysząc polityków kolejny raz wyzywających się od umysłowo chorych muszę przyznać im rację. Pisałem już o tym, że osoby tkwiące w polityce nie są normalne. Dla politologów od przynajmniej kilkudziesięciu lat jest jasne, iż sfera publiczna pełna jest paranoików. W każdej partii, po każdej stronie sceny politycznej. Bez wyjątków.
Udowodniono to naukowo poprzez słynne badania Bernarda Rutherforda. W amerykańskim hrabstwie Elgin (wybranym całkowicie losowo) przebadał on zarówno wyborców, jak i wybranych przez nich polityków.
Co się okazało? Otóż wśród mieszkańców paranoicy stanowili 11,8 %, za to wśród polityków aż 45,8 % miało osobowość paranoidalną. To nie wszystko. Aż 20,8 % lokalnych polityków posiadało osobowość maniakalno-depresyjną (wśród mieszkańców grupa takich osób stanowiła tylko 3,2 %).
Nie ma podstaw, by sądzić, iż hrabstwo Elgin jest wyjątkiem. Prawdopodobnie na całym świecie statystyki wyglądają podobnie. We wszystkich demokracjach obywatele oddają władzę osobom chorym, tyle, że nie przebadanym. Co więcej, to właśnie zaburzenia psychiczne mogą powodować u kogoś chęć do politycznych działań. A specyfika osobowości paranoików powoduje, że świetnie sobie radzą na publicznej scenie. Czego świadkami jesteśmy wszyscy.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)