Pierwszym miastem, które odwiedzam w podróży przez Kongresówkę jest Łódź. Kto mógł mnie przywitać w tym zawsze czerwonym, robotniczym mieście? Oczywiście młodzieżówka SLD. Ledwo postawiłem nogę na Piotrkowskiej, a już mnie dopadli.
- Czy wesprze pan swoim podpisem LiD? – zapytał mnie jeden z komsomolców.
- Nie – rzuciłem krótko.
- Bardzo nam przykro.
- Bynajmniej nie żałuję – uśmiechnąłem się.
- Pan z PiS? – komsomolec błysnął wyczuciem. Grzecznie potwierdziłem i ruszyłem dalej, zerkając ukradkiem na swoje odbicia w witrynach sklepów.
Chcąc nie chcąc, moje myśli popłynęły ku „żelaznemu kanclerzowi”. Pomagało w tym dudniące na uszach słuchawki radia. Lokalne stacje trzęsły się dziś w Łodzi od kpin z Leszka Millera. Jego domniemany wielki elektorat musi być bardzo utajony, bo w sferze publicznej nie ma on w swoim mieście śladu poparcia.
Być może warszawscy „eksperci” oceniający ile to tysięcy głosów Miller zabierze Olejniczakowi powinni przejechać się do nieodległej przecież Łodzi i posłuchać co ludzie tutaj mówią o niedawnym przywódcy SLD. Bynajmniej nie są to słowa zachwytu. I nie dotyczą one tylko nagłej zmiany barw partyjnych, ale licznych obietnic poczynionych przez „premiera z Łodzi” względem swojego miasta. Miało ono opłynąć w dostatek, a tymczasem, rzecz jasna, przez lata rządów SLD nic nie uzyskało. Łodzianie najwyraźniej pamiętają o tych „gruszkach na wierzbie”. I wykorzystają 21 października okazję, by podziękować Millerowi w odpowiedni sposób.


Komentarze
Pokaż komentarze (26)