128 obserwujących
3953 notki
1791k odsłon
126 odsłon

E-Winner Gwardia czyli wszystko kręci się wokół siatkówki. A Orwell na deser...

Wykop Skomentuj3

Dopiero co, wróciłem z siatkarskiego meczu we Wrześni w Wielkopolsce. Grała tam nasza E-Winner Gwardia Wrocław. Niestety, pierwszy raz w sezonie straciła punkt i, co więcej, przegrała mecz 1:3. Podopieczni trenera Krzysztofa Janczaka grali z chłopcami Mariana Kardasa- -tak, tego reprezentanta Polski, który grał w reprezentacji jako libero i był jednym z dwóch najstarszych debiutantów w historii meczów Biało-Czerwonych. Janczak robi świetną robotę we Wrocławiu – pisze to mimo tego ostatniego przegranego meczu i to z drużyną z dolnej części tabeli. Inna sprawa, że Września po COVID-zie dochodzi do siebie, a jej pozycja w tabeli nie odzwierciedla jej potencjału i umiejętności. Krispol – skądinąd wciąż ta firma sponsoruje I ligę mężczyzn, której w zeszłym sezonie była sponsorem tytularnym – ma sporo młodych graczy i tylko (aż?) jednego cudzoziemca (Gwardia żadnego...). Widać, że wpływ trenera Kardasa jest tam olbrzymi. Pan Marian pokrzykuje na zawodników, czasem nawet wręcz ryczy, ale wie, kiedy zrobić zmianę i kiedy poprosić o przerwę. Jeszcze ostatni rywale gwardzistów zamieszają w lidze w tym sezonie.


A E-Winner Gwardia? Przed nią w najbliższym tygodniu piekielnie ciężkie, kluczowe z punktu widzenia tabeli mecze z głównymi – obok Lublina – konkurentami do awansu do PlusLigi czyli z Bydgoszczą na wyjeździe we wtorek i Bielskiem-Biała u siebie, w czwartek. Obie będą w telewizji – ma w tym sezonie siatkarski Wrocław wyjątkowe szczęście do transmisji w Polsat Sport (uwaga: mecz nad w Brda będzie w Ipli). Gwardziści i ich prezesi: Łukasz Tobys i Kajetan Maćkowiak maja bardzo duże ambicje i chcą awansować. Trzymam kciuki, choć patrząc na ostatni mecz wydaje mi się, że gwardziści muszą popracować i nad zagrywką, i nad wykończeniem akcji. Kończenie ataków nieraz decyduje o wyniku, a zagrywka – tym bardziej. Myślę, że wartością tej drużyny jest trener z charakterem – w paru klubach mówił, co myślał i musiał odejść. U nas ma chyba optymalne warunki do pracy i pewna swobodę, choć wie, że będą od niego wymagać wyników. Ma mimo młodego wieku już spore doświadczenie i sukcesy z Wałbrzychem. Ale też doświadczeń, z których chyba wyciągnął wnioski: choćby słynny tie-break, w którym jego klub (Wałbrzych właśnie) prowadził 12-2 i... przegrał seta i mecz do 12!


Oczywiście świat (sportowy) dla mnie kreci się wokół siatkówki. O piłce nożnej nie napiszę, pozwólcie, bo jak komentować porażki z Włochami 0-2 i tę jeszcze bardziej bolesną z Holandią u siebie, na pustym Stadionie Śląskim (skądinąd straszny widok: nasz dawny „stutysięcznik” całkiem pusty…). W tym drugim meczu trener wymienił pod koniec tylu zawodników, ilu zmienia sie w sparingu i nie obroniliśmy drugiego miejsca w grupie Ligi Narodów. Zawsze z sympatią patrzę na dzieciaków czy młodych chłopaków (coraz częściej też dziewczęta) grających w piłkę. Ale coraz mniej chętnie patrzę na futbol zawodowy. Wiem, to dyscyplina „Nr 1 ”, żadna inna nie może się z nią równać. Wcale nie uważam, aby siatkówka miała konkurować z futbolem, bo są to zupełnie dwie różne planety. Ja wolę tą siatkarską z zapewne najlepszym na świecie polskim szkoleniem dzieci i młodzieży, ale też -to się jednak z tym wiąże! – z wielkimi sukcesami na poziomie reprezentacji. Jak to jest, że polska reprezentacja piłkarska nie wystąpiła na igrzyskach olimpijskich od 28 lat, czyli już w sumie na siedmiu IO, łącznie z tymi w Tokio, które mają być w lipcu i sierpniu 2021, za to siatkarze meldowali się na nich aż sześć razy opuszczając tylko te w roku 2000 w Sydney. OK, już ani słowa więcej. Choćby przez szacunek dla dziesiątek tysięcy młodych Polaków uganiających się za piłką. Dla nich szacunek będę miał zawsze. Kropka.

Teraz proponuję spojrzeć na sport nieco szerzej. Choć oczywiście mógłbym w tym miejscu napisać, że oglądałem ostatnio zmagania siatkarzy w Tomaszowie Mazowieckim – już nie w hali lodowiska, lecz tym razem w szkole – to też była pierwsza liga, ale przecież również widziałem „na żywo”, jako wiceprezes Polskiego Związku Piłki Siatkowej, mecze męskiej PlusLigi w Gdański, Zawierciu, Jastrzębiu Zdroju, w Sosnowcu gdzie gra MKS Będzin, Radomiu – tam nie tylko facetów, ale też żeńskiej TauronLigi, w Rzeszowie – tak, jak w Radomiu: i pań i panów oraz w Warszawie, a także mecze w najwyższej klasie rozgrywkowej kobiet w Łodzi i Bydgoszczy. Tych spotkań, bez publiczności, ale za to z dopingiem z „kwadratu”, czyli inicjowanego przez rezerwowych, nie zapomnę do końca życia. A ten szerszy kontekst to cytat z niemieckiego dramaturga Bertolta Brechta, który kiedyś napisał, iż „Wielki sport zaczyna się tam, gdzie kończy się jego dobry wpływ na zdrowie”. Cóż, to pisarz, socjalista, który mógł mieszkać w Niemczech Zachodnich, czyli w ówczesnej NRF (dopiero po latach zmieniła nazwę na RFN), a wybrał jednak NRD, z którego jego rodacy uciekali, jak mogli, nieraz płacąc za to życiem. Ale czy nie miał – gdy chodzi o sport – tak trochę racji?


Zakończę cytatem z innego lewicowego pisarza (co mnie dzisiaj tak naszło?), dla mnie wybitniejszego niż Brecht – mowa o Brytyjczyku George’u Orwellu. Kiedyś komunizował, potem stał się zagorzałym krytykiem komunizmu. O sporcie napisał tak: „Dzisiejszy sport wyczynowy nie ma w sobie nic ze szlachetnej rywalizacji. To po prostu wojna, w której nie ma strzelaniny”. Z tym akurat zgodzę się częściowo… Tylko albo aż częściowo.


*tekst ukazał się w tygodniku "Słowo Sportowe" (23.11.2020)

Wykop Skomentuj3
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Sport