128 obserwujących
3951 notek
1790k odsłon
146 odsłon

Cienie niezapomnianych przodków

Wykop Skomentuj4

„Po mieczu” czyli o przodkach po ojcu. Na „po kądzieli”, czyli antenatach po mamie, przyjdzie czas. Po stronie mamy byli Bielińscy, Zbijewscy, Skórzewscy, Suchorscy, Ruszczycowie, a także Unrugowie.

 

Po stronie ojca tradycja – co najmniej pięć pokoleń wstecz, była święta: pierworodny zawsze miał na imię Henryk. Ojciec jest Henryk Tadeusz Andrzej. Dziadek – Henryk Karol. Pradziadek Henryk Aleksander - pisałem o nim w tekście „Tunguska mojego pradziadka” (wprost.pl z 14 kwietnia). Prapradziadek Henryk Ludwik. Wreszcie praprapradziadek Henryk Jakub. Żelazna konsekwencja. Złamała ją dopiero, ku wściekłości ojca, moja mama. Ojca Henryka nie satysfakcjonował pseudokompromis, że syn będzie Ryszardem Henrykiem, a właściwie Richardem Henry Francisem z racji urodzenia w Londynie, w Charring Cross Hospital niedaleko Westminster Abbey – i to jeszcze w czasie „mgły stulecia” (w Polsce analogicznie w 1963 roku była „zima stulecia” – następna taka wielka zdarzyła się w 1979 roku: miałem wtedy 16 lat, kopy śniegu sięgały w Warszawie dorosłego człowieka, nic nie jeździło, było romantycznie - a teraz wszystko szlag trafił przez globalne ocieplenie…)

W sporze ojca z matka o pierwsze imię pierworodnego oboje byli twardzi. Ojciec skontrował i po niespełna dwóch miesiącach na chrzcie byłem już Henrykiem Ryszardem. Ale w dokumentach urzędowych, nie ma zmiłuj, widniał Richard Henry – spolszczony przed siedmioma laty na Ryszarda Henryka – i tak już zostało. Było to tym łatwiejsze, że wychowywała mnie ś.p Mama i o „henrykizacji” nie było mowy (rozwód rodziców nie był ani aksamitny, ani przyjacielski).

 

Pamięć rodzinna sięga pięć pokoleń wstecz w stosunku do mnie, czyli siedmiu od mojej wnuczki Aleksandry Zofii. O praprapradziadku Henryku Jakubie wiadomo, że był rzeźbiarzem. Urodzić się miał na przełomie XVIII i XIX wieku. Zresztą Czarneccy to byli artyści. Wnuk Henryka Jakuba-rzeźbiarza, syn Henryka Ludwika – Henryk Aleksander był aktorem i kierownikiem „trupy” teatralnej (dziś, bardziej elegancko, nazwalibyśmy to „teatrem wędrownym”.). Syn Henryka Aleksandra czyli Henryk Karol urodzony w 1879 przeżył blisko 40 lat w rosyjskim zaborze, przeżył II RP, a umierał już w PRL-u, tuż po wojnie, w Częstochowie w 1947 roku – choć pochowano go w Warszawie. Jego dokonania na polu teatru były niewątpliwie większe niż seniora-Henryka Aleksandra. Mając 20 lat debiutował jako aktor i śpiewak w Teatrze Wielkim w Warszawie, ale po ojcu miał „smykałkę” do nie tylko i nie głównie grania, a raczej do tworzenia i kierowania teatrem.

 

Za Stanisławem Wyspiańskim mógł powtarzać „Teatr mój widzę ogromny”, kierując teatrami w m.in. Kaliszu (także w okresie rewolucji 1905 roku...), Lublinie, objeżdżając z występami całe Kresy Południowo-Wschodnie z Wołyniem, Podolem aż po Kijów, ale też Kielcach, Częstochowie, Łodzi (wystawił tam łódzką premierę „Halki” Moniuszki w 1918 roku – szkoda, że w obecnej Operze w Łodzi kompletnie zignorowano setną rocznicę tego faktu), Sosnowcu, Katowicach (w okresie Powstań Śląskich grał przestawienia w języku polskim, co miało spore znaczenie), wreszcie Grudziądzu – teatr dla nowego widza: wojska i elewów tamtejszej szkoły wojskowej. Dziadek Henryk Karol dawał przedstawienia także choćby w Płocku, Włocławku, Radomsku, Piotrkowie Trybunalskim, ale objechał też Pomorze po Tczew i Puck – do Gdańska w czasach między I a II wojną światową nie wpuścili go Niemcy... Dziadek zmarł 14 lat przed moim urodzeniem. Do rodzinnej legendy weszło wydarzenie z okresu plebiscytowego na Górnym Śląsku, gdy dziadek Henryk przyjechał ze swoim zespołem z pierwszym polskim przedstawieniem w historii Katowic (sic!) i zrobił „ustawkę” z francuskim oficerem: moi przodek zadyrygował orkiestrą, która odegrała „Marsyliankę”, a Francuz (ale polskiego pochodzenia!) zadyrygował – ku wściekłości obecnych tam Niemców – aby odegrać „Mazurka Dąbrowskiego”...

 

Zaraza ma jedna zaletę: można posiedzieć w domu, poczytać - także rodzinne kroniki, wreszcie porozmawiać ze „starszymi” z rodu. Sięgnąć do korzeni. Wspomnieć duchy niezapomnianych przodków...

 

*Tekst ukazał się na portalu Wprost.pl (27.04.2020)

Wykop Skomentuj4
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Kultura