5 obserwujących
17 notek
19k odsłon
  2052   1

ZNOWU NA "DARZE"

A “Dar Pomorza” właśnie wyszedł ze stoczni, pozbawiony rei i o ile dobrze pamiętam chyba nawet bombramsteng. Mieliśmy uzbroić go sami.

                      Upchaliśmy zawartość naszych worków żeglarskich w maleńkich szafeczkach i zjedliśmy nareszcie coś porządnego. Dostaliśmy nowe numery okrętowe, hamaki i pościel. Tym razem trafiłem do trzeciej wachty, na przytulnym, kameralnym trzecim tweendecku, gdzie wchodziło najwyżej 40 osób. Naszym bosmanem był Paweł Kotowski, który słynął z tego, że jego wachta zawsze była najszybsza w stawianiu żagli i innych żeglarskich sztukach.

                  Nasz dzień zaczynał się wcześnie rano od ciężkiej pracy, czyli zbrojenia statku, malowania padunów i wantów**, wymiany weblinek***, wyciąganie z żagielkoi żagli i mocowaniu ich na rejach i sztagach i milionów innych czynności, koordynowanych sprawnie przez bosmanów.

                        Zbroiliśmy nasz “Dar” szybko, wiec co dzień wyglądał coraz bardziej bojowo. Wiele gordingów i gejtaw wymieniliśmy na nowe, więc lśniły bielą, a załoga przypominała jak się “klaruje” żagle “na portowo”.

                  Taki “portowo sklarowany” żagiel miał być wielokrotnie złożony na rei i przywiązany sejzingami**** tak, żeby go z pokładu nie było widać, co starszy bosman Antoś sprawdzał przez lornetkę.

Odwiedzało nas mnóstwo pracowników szkoły z najróżniejszym galonami na rękawach.

Czego tam nie było, paski grube, winklami, pętelkami, zawijasami, gęsimi piórami itd.

My wiedzieliśmy już jednak, że liczą się tylko cztery proste paski i kotwiczka, bo to oznacza prawdziwego kapitana, a jeśli zamiast kotwiczki jest śruba, to starszy mechanik, a błyskawica elektryk. Ochmistrze zaś mieli gęsie pióra na rękawach.

W końcu nadszedł czas pożegnania. Był wieczór, na Skwerze grupa ludzi i chyba nawet orkiestra.

Rzuciliśmy w końcu cumy i szpringi na dziobie i rufie, przedefilowaliśmy południowym wyjściem i zmieniliśmy kurs w lewo, na morze.

*najpopularniejszy rocznik astronomiczny

**skośne liny z masztów do burt, lub marsów i salingów

*** krótkie linki poziome na wantach (do wchodzenia na maszt)

**** krótkie linki do mocowania sklarowanych żagli

Żegnająca nas orkiestra “were growing smaller with with the distance”* (Władyslaw Kanik “English for ships officers”).

Bosmani nie dali nam długo szlochać i tęsknić. Podwachta i nadwachta do hamaków, wachta do “zejklaru”.

                        Choćby się chciało opowiedzieć rejs na “Darze Pomorza” jak najpiękniej, to nasze życie składało się przede wszystkim z ciężkiej pracy. Korzystało się z każdej okazji, żeby się przespać.

Kiedyś zasnąłem na mokrym pokładzie, w mokrym drelichu, spożywszy uprzednio surową cebulę i kawałek chleba z solą otrzymany od kucharza. Nie było ani chwili czasu na przemyślanie i rozważanie piękna.

Nasz stary MAN pykając rozmyślnie, obracał naszą dwuskrzydłową śrubę i pchał nas z prędkością sześciu węzłów przez cieśniny duńskie i wypchnął nas w końcu na wietrzne Morze Północne. Tam MAN ścichł, a my sprawnie postawiliśmy żagle.

            ”Dar” pochylił się na zawietrzną i rozpędzał się w stronę białych skał Dover.

                 Skał nie było widać, przed samym dojściem spowiła nas gęsta mgła. I tam wlaśnie osiedliśmy z pilotem na mieliźnie.

Holowniki “Danzig” i “Stettin” ściągnęły nas z niej i chwilę później dopchnęły nas do falochronu. Zacumowaliśmy prawa burta.

Zrobiliśmy “portklar”, przebyliśmy odprawę i zaczęliśmy szykować się do wyjścia do miasta.

Pierwszy raz w życiu byłem za granicą, niestety za jakieś przestępstwo typu ”nieznajomość lin” miałem w pierwszy dzień BW.**

Pętałem się więc po pokładzie trawiąc z goryczą swój los.

Falochron, przy którym cumowaliśmy był długi i nagle zauważyłem sylwetkę kolegi, który już wracał z miasta, dosłownie po godzinie. Kolega ten przyspieszył i wbiegł w końcu na statek, zniknął w toalecie, a po wyjściu powiedział.:

-Kurde, na każdych drzwiach napisane “closed”***, a wszędzie zamknięte, odlać się nie można!-

* ang. ”malała z odległością”

** bez wyjścia

** *ang. ”zamknięte”

Na drugi dzień byłem już po karze, więc w przepisowym mundurze wyszedłem do Dover.

Podobało mi się. Kolorowe domy i samochody, ludzie na luzie i sympatyczni.

Fajnie było tak beztrosko spacerować, wiedząc, że michę i hamak ma się za darmo na statku.

Wysłałem jakieś kartki i już rzucaliśmy cumy.

Znalazłem sobie na “Darze” ulubione miejsce, pod bakiem tam gdzie łańcuchy kotwic przechodziły przez kluzy. Kładłem się tam w każdą wolną chwilę i patrzyłem przez kluzę na wodę.

Ciemne wody Kanału Angielskiego zamieniły się wkrótce w prześwitujące pod słonce na seledynowo wodne góry Północnego Atlantyku.

Dziób zanurzał się i wynurzał na fali nieskończoną ilość razy, przeciwstawiając ciężarowi statku swoją wyporność. Tą wypornością unosił także moje 81 kilogramów, za co mu byłem bardzo wdzięczny.

Czasami przez kluzę obserwowałem stada wesołych delfinów. Prowokowały do zabawy, podpływały bardzo blisko, co jakiś czas otwierając na głowie zawór i wciągając przez niego powietrze.

Lubię to! Skomentuj8 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości