12 obserwujących
35 notek
62k odsłony
  2573   1

Na dużym statku

Kopenhaga, 5 lipca 1990

Żaden człowiek przed czterdziestką tak na prawdę nie wierzy, że musi umrzeć. Tak naprawdę i ostatatecznie.

Że zostanie po nim brązowy, spróchniały czerep, który można bezkarnie kopnąć, a on potoczy się posłusznie po ziemi gubiąc zęby.

Kiedy już tę czterdziestkę przekroczy i zaczyna się zamieniać w trupa i chciałby to życie możliwie przedłużyć, zauważa, że nieżyjący poeci i malarze sa dużo wartościowsi niż żyjący, bo owiani są tajemnicą śmierci.

O milczenie !

Jakże jesteś wymowne !

Mówiesz, co chce usłyszeć żyjący !

Chciałbym, żeby ktoś przewracał karty mojego życia, kiedy już umrę, albo w najgorszym razie przeżyć ten kawalek życia sam jeszcze raz.

Zapisać swoje myśli.

Jeśli się kiedyś okażą podobne do myśli czytającego, jest szansa na powodzenie dziennika – patrz, ja też tak myślałem - powie czytający i poczuje się równy temu, który napisał, choć tak na prawdę może go przewyższa, a nie zapisał nic, bo jest leniwy, albo mu sie długopis wypisał.

Dziennik wydaje mi się wartościową formą, bo nie ma żadnych aspiracji i wszystko można wpakować pod ten wygodny szyld.

6 lipca 1990, dalej Kopenhaga

Leżę w łóżku w kopenhaskim domu marynarza. Za parę godzin będę leciał na statek.

Trochę się cykam, dawno nie pływałem na dużym statku. Na dokładkę załoga czysto duńska, a ja jedyny Polak i to zadziora.

Będą mi patrzeć na ręce, więc muszę być perfect.

Wczoraj spacerowałem po kei królewskiej i patrzę – polski jacht POLONIA.

Na pokładzie dwaj starsi panowie i z 10 jungów. Panowie mało sympatyczni i w ogóle wszyscy z Warszawy.

Bali się ze mną rozmawiać – może wydałem im się być podejrzanym NATOwskim szpiegiem.

Poza tym ubawiła mnie sytuacja na kei wodolotów do Malmo. Elegancki dworzec wodolotowy, a obok mała keja, dworca brak, ceny do Malmo wypisane byle jak flamastrem, ale za to trzy razy niższe n iz na dworcu wodolotowym.

A linie te obsługują dwa polskie wodoloty-OPAL i SZMARAGD.

Na końcu mojego spaceru doszedłem do dworca morskiego do Świnoujścia. Dworzec był nowy i puściutki.

Wszedłem na dworzec, gdzieś tam zadzwoniłem, a kiedy wyszedłem zobaczyłem na chodniku dwie dziewczyny, ani ładne,ani brzydkie. Zapytałem o coś po polsku i po angielsku, ale znały tylko niemiecki i parę słów po angielsku. Wyższa miała na nogach okute kowbojskie buty.

Po komunistycznym wyrazie twarzy wywnioskowałem, że są z NRD.

Nazywały się Gerda i Lotte. Trochę po angielsku,trochę na migi wlekliśmy się przez kopenhaski deptak.

Moje panie co chwilę zatrzymywały się przed wystawami, lub z determinacją kamikadze pakowały się do supermarketów. Nie na wiele było je stać.

Zaprosiłem je do chińskiej restauracji. Chichotały i szwargotały coś po swojemu. Po paru kieliszkach wina zrobiły się zalotne. Do odejścia ich promu zostało jeszcze 7 godzin.

Spacerkiem doszliśmy do mojego hotelu.

Miałem tam jeszcze otwartą butelkę whisky.

Już nie piłem, ale im nalałem do kubków do mycia zębów.

Pogadaliśmy trochę Potem formalna wymiana adresów i zostałem sam.

Razem z dziewczynami zniknęło 1000 koron.

To jednak nie była prawdziwa miłość. Dobrze, że nie poszukały lepiej.

I tak wspominałem jak załapałem się do pracy w EAC firmie. Po rozwodzie w Århus dostałem warunek od Amtu, że mam sie wyprowadzić pod inny adres.

Miłe to nie było - nie miałem ani pieniędzy ani pomysłu dokąd.

W końcu postanowiłem pojechać do Norwegii, bo miałem tam kolegę ze szkoły morskiej Adama .

Adam mieszkał z żoną we Frederikstadt. Przyjęli mnie bardzo gościnnie i pojechaliśmy na drugi dzień do Oslo, gdzie miałem nadzieję popytać armatorów o pracę.

Łaziliśmy po tym Oslo cały dzień, ale niestety nic nie znalazłem.

Posiedziałem więc u nich jeszcze parę dni i wróciłem pociągiem do Kopenhagi.

Zamieszkałem w hotelu i wyspałem się najpierw.

Na drugi dzień bez specjalnej nadziei wchodziłem do wszystkich domów z flagą na maszcie, bo tak można było poznać armatora.

Niestety bez sukcesów.

Stanąłem w końcu przed wielkim pięknym domem z flagą.Nad wielkim wejściem stało

DET ØSTASIATISKE KOMPAGNI.(The East Asiatic Company)

Wszedłem po schodach, a portier wskazał mi wejście do kadr .

Kadrowiec w przywitał się ze mną z uśmiechem i spytał czego sobie życzę, choć na kilometr widać było czego.

Opowiedziałem mu więc, że szukam roboty jako szturman , a on nalał mi kawy i zaczął wypytywać .

Powiedział, że pracę mam na kontenerowcu Boringia i za tydzień mogę lecieć do Rotterdamu na razie za drugiego.

Rozgadałem się ze szczęścia i mówie, że się właśnie rozwiodłem i muszę się wyprowadzić, a nie mam gdzie a on mówi – « Dobra podpiszemy teraz umowę, a potem wypłacę ci akonto 20 tysięcy koron na « udbetaling » (przedpłatę) na mieszkanie « . Myślałem, że żartuje, ale on był bardzo poważny. Na drugi dzień byłem już w Århus, wybrałem fajne mieszkanie dwupokojowe w centrum, koło uniwersytetu, na trzecim piętrze na małej cichej uliczce Falstersgade 45.

Lubię to! Skomentuj16 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości