12 obserwujących
37 notek
66k odsłon
  742   1

Diabeł i Anioł

DIABEŁ I ANIOŁ

Mgła wlewała się do domów, sklepów i gardeł. Czuliśmy, idąc ulicą jej lepki mokry, wygłuszający wszystko dotyk, jakbyśmy szli po dnie gara z mlekiem.

Lepka, biała wilgoć była wszędzie, oblepiała ciało, a koszule kleiły się obrzydliwie zimno do mokrych pleców. Czasami leciutki powiew poruszał kłębiącą się parę, ale jego dotyk nie przynosił ulgi.

Żałowałem, że w ogóle ruszyłem się ze statku, choć go serdecznie nienawidziłem od szczytu masztów po najniższy stopień trapu. Trzeba było zostać w koi i oddać się marzeniom, ale staliśmy w Sajgonie już dwa tygodnie i wychodziliśmy codziennie do miasta, żeby nie zwariować. Na statku było na prawdę ponuro.

Gazety były wyczytane na wylot, piwo wypite miesiąc temu, kawały opowiedziane po trzy razy, listy z domu przeczytane i przemyślane na dziesięć sposobów, wszyscy zdążyliśmy się już ze sobą pokłócić i pogodzić po parę razy.

Długi postój był jeszcze cięższy niż długi przelot bez widoku lądu, wychodziliśmy więc popołudniami rutynowo, dwójkami, trójkami czy czwórkami, lubiąc się czy nie lubiąc, żeby przejść się i przy okazji coś kupić, choćby i nie było potrzebne.

Kupowało się miło, bo na dolara wchodziło 400 dongów i czuł się tu człowiek w porównaniu azjatycką nędzą zamożny.

                     Kupowaliśmy z nudów zupełnie niepotrzebne przedmioty, ale nawet najskromniejsze zakupy kończyły się otrzymaniem suweniru, zawsze takiego samego - garści prezerwatyw, które leżały w wielkiej obfitości na każdym straganie.

Kondomy dostarczał ONZ jako pomoc dla krajów trzeciego świata, lecz przechwycone przez “właściwych”  ludzi sprzedawane byly po dongu za sztukę.

“Shoppingi” nasze przypominały polowania, bo nigdy nie było wiadomo co się znajdzie wśród stert towaru piętrzącego się pod ścianami. Grzebaliśmy w tych stertach z upodobaniem, pod życzliwym, mądrym spojrzeniem właściciela czy właścicielki sklepu, którzy przeżyli już niejeden taki najazd.

Czasem znajdowało się oryginalna zabytkową wazę z porcelany, pokrowiec od pistoletu pozostały po Amerykanach, kiczowaty obrazek, drewniane pudełko na biżuterię z pozytywką grającą chińską melodyjkę, kapelusz, czy nosidło do wody.

Jedno było tylko w każdym sklepie na pewno – kosz z góra piętrzących się przeklętych, kolorowych kondomów, które przypominały nam co nieco.

                   Sajgon wyglądał jak wszystkie dalekowschodnie miasta. ”Twarzami” do ulicy patrzały szeregi sklepików, restauracji i warsztatów, nie odgrodzone od chodnika żadną ścianą. Na zapleczu stał przeważnie stolik, rzadziej kontuar gdzie właściciel spędzał całe życie, siedząc tam dzień i noc, jedząc i piorąc, rodząc i wychowując dzieci i umierając.

Przechodząc setki razy koło tych samych sklepów poznawaliśmy już sprzedawców, machaliśmy im ręką, a oni się uśmiechali.

Tym razem wnętrza sklepów ledwie było widać, a my szliśmy we czterech, po dwóch ze względu na szerokość chodnika, mijając otulone mgłową poświatą żarówki dyndające nad straganami ledwo poznając sklepiki mijane już tyle razy.

Milczeliśmy niechętnie idąc, każdy był zajęty swoimi myślalmi, daleko od Sajgonu.

Szliśmy już z pół godziny kiedy poczułem, że luzuje mi się sznurowadło przy sportowym bucie, kucnąłem więc pozostając z tyłu za kolegami. Kiedy zawiązałem porządnie but i się podniosłem nie było ich już nawet słychać.

Byłem z tego zadowolony i nie miałem zamiaru ich gonić.

Irytowali mnie samą obecnością, chciałem od nich odpocząć. Rozejrzałem się wokół zastanawiając się co zrobić z właśnie odzyskaną wolnością. Byłem na jakimś skrzyżowaniu. Na przeciwnym rogu stała rozbita riksza, a dzięki mgle byłem kompletnie sam.

Ruszyłem wolniutko w lewo, w boczną, mało obiecującą uliczkę, na której jeszcze nigdy nie byłem.

                        Sklepików tu prawie nie było, stały za to krzywe, drewniane słupy elektryczne, których wierzchołki ginęły we mgle. Minąłem jeden z nich i wydało mi się, że widzę czerwoną poświatę jakiejś lampy.

To było coś nowego, niespotykanego tutaj, na zadupiu dalekiego wschodu.

Przeważnie używano tu gołych żarówek, albo niezdrowo niebieskich jarzeniówek, przy których ludzie wyglądali jak upiory.

Bez wahania podszedłem do sklepu. Był jak wszystkie, bez ściany szczytowej, wzdłuż ścian pociągnięto dwie długie półki z grubych desek, pod drugą ścianą na stercie opon leżały jakieś szmaty, a  za stolikiem stała stara kobieta. Patrzyła na mnie obojętnie, choć wyglądałem na jej jedynego dzisiaj klienta. Udając nagle zainteresowanie przedmiotami na półkach przesuwałem się oglądając uważnie i biorąc niektóre do rąk. Obojętnie minąłem kolorowe muszle, jarmarczne lusterka w tandetnych ramach, zatrzymałem się chwilę przy kasetach magnetofonowych z Hong Kongu, szukając Jimi Hendrixa i Janis Joplin i doszedłem już prawie do rogu pomieszczenia kiedy zauważyłem tę rzeżbę.

Lubię to! Skomentuj5 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości