19 obserwujących
50 notek
95k odsłon
  3210   2

Australia Asia Line 2

-„Captain zrób coś, bo stevedorzy czekają, będziemy płacić karę, jak nie dojedziesz do pilota o 1530, to holowniki dostaniemy dopiero po północy”-

I co ja mam tym panom powiedzieć? Że zrobiłem co mogłem i że niech się modlą o pogodę. Im się zdaje, że wciskam pedał gazu i jadę.

Wiatr niestety nie maleje tylko wzmaga się. Nie mam szans być nawet na 1700 przy pilocie. Potem 5 godzin z pilotem, po północy holowniki, odprawy i pójdę spać po drugiej.

No, przyszedł telex, że na miejsce Hermana przychodzi jakiś mechanik o nazwisku Ben. Niemiec, albo Anglik. Mam nadzieję, że dobry mechanik i że nie pije. Ale muszę sobie dać radę tak, czy tak.

11 kwietnia 1999

Jak tylko zdałem pilota (Anglika, a jakże, chyba piloci urodzeni w Australii w ogóle nie istnieją) zerwał się silny południowo-wschodni sztorm i obecnie, czyli na drugi dzień, zbudował wysoką falę. Statek przewala się z dziobu na rufę, a prędkość spadła do 8 węzłów. ETA oczywiście będę musiał przesunąć o dobę. Rodziny chiefa mechanika jeszcze nie widziałem, wszyscy chorzy.

12 kwietnia 1999

No i pogoda jak dzwon, horyzont jak żyleta. W Brisbane przyszedł z kompanii cyrkularz, że w związku z rokiem 2000, a także 9,99 mogą wystąpić zamieszania we wszystkich komputerach na okręcie, z GPSem włącznie. Pognałem zaraz oficerów do sekstantów. Żeby nie myśleli, że się mszczę, bo za moich czasów nie było satelitów, skopiowałem cyrkularz i kazałem im przeczytać i podpisać.

Muszę jednak przyznać, że zaczyna mnie ogarniać dobrze mi znana okrętowa apatia. Zapada się na nią po miesiącach na statku. Nie chce się wtedy kompletnie nic .Robi się tylko to co się musi, a całe ciało krzyczy:- DO DOMU!!!

Muszę jednak jeszcze trochę posiedzieć na statku, bo przeniosłem się do Polski i cały czas mieszkam w wynajętym mieszkaniu , w Gdyni. Mam już dość tej wiecznej tymczasowości, a zaczynam życie od początku po raz czwarty, przy czym dwa razy w Danii.

13 kwietnia 1999

image




W Brisbane od shipchandlera dostałem butelkę jakiegoś australijskiego likieru. Likier jest w butelce w kształcie gałęzi eukaliptusa, z coala, z drugim małym coala na plecach. 

No więc postanowiłem spróbować tego napitku, nie będę dwukilowej butli dźwigał do Polski. Wypiłem szklaneczkę i co? To po prostu polski miód sycony-trójniak. Chyba przebutelkowują i sprzedają jako oryginalny australijski. Trochę to dobrze i źle zarazem. Dobrze, bo się napiję polskiego, dobrego miodu, a źle, że Polacy pozwalają na takie numery. Bols by sobie na taki numer nie pozwolił.

Ponieważ mają być problemy z komputerami w związku z ta datą 2000 zajrzałem do dziennika chronometru, szczerze mówiąc pierwszy raz od miesiąca. I co?

Okazało się, że trzeci poprawia codziennie chronometr z zegara okrętowego!!! Znaczy facet kompletnie nic nie rozumie. Pokazałem mu jak łapać sygnał czasu w radio, albo jak poprawiać chronometr z GPSu. I płynie się dalej! A w kwietniu mam pisać opinie załodze.

15 kwietnia 1999

No i stoję już w Port Pirie, cumowałem oczywiście po nocy. Nie wiedziałem, że w Austarlii może być aż tak zimno. Zmarzłem w marynarce i długich spodniach, że teraz o 11 wieczór wypiłem szklaneczkę whisky J&B (Justerini & Brooks), i rozgrzewam się dalej herbatką z cytrynką.

16 kwietnia 1999, Port Pirie

Mój dzień na morzu wygląda tak: wstaje miedzy szóstą, a siódmą. Otwieram drzwi biura na tzw. oścież i zasłaniam je tylko wiszącą kotarą. Patrzę jakie telexy mi przylepili w nocy magnesem do futryny (1700 czasu niemieckiego to nasza pierwsza w nocy), więc się zawsze coś uzbiera. I tak zostawiwszy drzwi otwarte golę się i dokonuję innych ablucji, ubieram się i patrzę, a co to stoi na biurku, paruje i pachnie? A to Rudi postawił świeżą kawkę!

Siadam więc za biurkiem, popijam kawkę, mózg rozgimnastykowuję jakąś grą komputerową i już siódma, więc lecę na mostek. Sprawdzam ile w nocy przejechano i jak prędkość do raportu. Potem w starożytnej radiostacji łapię jakąś stacje z newsami. Następnie idę do mesy, a tam owsianka z mleczkiem, żadnych jajek czy sera. Potem wracam do kabiny i robię jakąś papierologię i przychodzi Rudi zabrać pranie albo posprzątać, więc, żeby nie przeszkadzać wychodzę na mostek pogadać z trzecim, albo na pokład, sprawdzić prace pokładowe, albo do kambuza zobaczyć, co tam Avelino do jedzenia wymyślił.

Potem wracam do kabiny i znów papierologia. O dziesiątej „coffe time”. Potem pracuję do jedenastej trzydzieści. Potem apperitiff i obiadek, a po obiadku nie, nie drzemeczka. Najpierw wysyłam pocztę do agenta w następnym porcie, raporty do szefa charteru w Brisnbane, do armatora raport pozycji, prędkości i zużycia paliwa. Następnie w szortach na pelengowy i biegam pół godzinki w kółko, wracam, kąpiółka i praca biurowa do 1500. O 1500 espresso i znowu papiery. I tak do 1700. Potem kolacja i znów adidasy i bieg na pelengowym. Potem jak na oceanie to jakiś film, telefon do domu i 2200 do kojki spać.

Lubię to! Skomentuj9 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości