18 obserwujących
50 notek
98k odsłon
  2177   4

Europa - Kanał Panamski -Zachodnie Wybrzeże Ameryki Południowej

Private Loobook

    CSAV Manzanillo

Feb.2nd 2005 – Jun.2nd 2005

Po Rotterdamie (1/581) 3 luty 2005

Więc zgodnie z planem znalazłem się na CSAV Manzanillo. Mój zmiennik powiedział mi, że w Kolumbii dziewczyny ładniejsze niż Nicole Kidman. Możliwe, rzeczywiście z tamtych stron pochodzi wiele Miss Universum, ale ja tam byłem chyba kiedyś.

Jak pojechał, zaraz posprzątałem jego bajzel w papierach i zrobiłem swój. Nad ranem dostałem pilota, którego zdałem w Maas o szóstej rano, a że chieff był 26 godzin na nogach posłałem go rozkazem do łóżka i stanąłem za niego na wachcie. A teraz otrząsam się z lądu i jadę "full ahead" do Bremerhaven.

W Bremerhaven (2/582) byłem pierwszym statkiem CSAV, który tu zawinął. Nie spodziewałem się nic specjalnego, a tu przyszło mnóstwo ludzi uroczyście nas witać. Dostaliśmy kosz kwiatów, album o Bremerhaven. Niestety byłem zmęczony i nieogolony w polarze. Jakbym wiedział, wystroiłbym się w miundur.

Po wyjściu w morze była taka mgła, że ledwo widziałem godzinę na własnym zegarku. Potem jednak wyklarowało się i rzuciłem w nocy pod Londynem na Sunk Anchorage kotwicę i wyspaliśmy się wszyscy wspaniale, bo pilot był dopiero o 0930.

W Tilbury (3/583) miałem wizytę inspektorów Germanische Lloyd, więc zmęczony, ale szczęśliwy rzuciłem cumy o dziesiątej wieczór, poszedłem skrótem przez Fisherman i koło trzeciej w nocy minąłem Dover, włączając się w niekończący się od lat sznur statków przechodzących kanał La Manche.

Wczoraj jeden z inspektorów GL opowiedział mi następującą historię:

Otóż miał on kolegę drugiego oficera, który dostał w prezencie piękny i drogi sekstant. Zamustrował wkrótce razem ze swoim drogocennym sekstantem na statek i wyszedł w morze.

Był namiętnym palaczem papierosów, natomiast jego dowódca właśnie rzucił palenie i tępił gdzie mógł ten wstrętny nałóg. Przede wszystkim zakazał palenia na mostku. Niestety nasz drugi absolutnie nie mógł wytrzymać czterogodzinnej wachty bez palenia.

Wymśslił więc sposób : otwierał drzwi z mostku na schody, żeby słyszeć ewentualne kroki kapitana, brał w jedną rękę swój sekstant i palił spokojnie na skrzydle. Zaplanował sobie, że jeśli usłyszy kroki kapitana na schodach, wyrzuci papierosa za burtę i będzie spokojnie udawał, że bierze wysokość słońca.

Spokojnie więc i z przebiegłym uśmiechem na twarzy palił sobie papierosa. Kiedy nagle usłyszał z dołu trzask drzwi kabiny kapitana i jego kroki na schodach z rozmachem wyrzucił za burtę sekstant i usiłował wziąć wysokość słońca papierosem.

950 mil na zachód od Charleston, 13 luty 2005

O ile pierwsza część podroży upłynęła spokojnie, dzięki potężnemu wyżowi 1030 mB, do Azorów miałem świetną pogodę. Natomiast na zachód od najbardziej zachodniej wyspy Azorów – Flores według mapki pogodowej idzie łańcuch sztormowych niżów i chyba będę miał spóźnienie, bo ostatnią dobę szedłem po 13 węzłów.

14 luty 2005

Na szczęście już minąłem niże i jestem pod wpływem wspaniałego wyżu 1035 mB i jadę 18 węzłów. Potem zaś jeśli szczęśliwie przebrnę Amerykę, to przede mną 1200 mil spokojnej żeglugi przez ciepłe wody Florida Strait i Old Bahama Channel, aż do Jamajki. Postanowiłem zrobić na pokładzie BBQ dla załogi. Grill, rum i piwo, a dla znawców tacę serów z owocami i czerwone wino, którego poprzednik na szczęście nie zapomniał zamówić.

Ostatecznie zasłużyli - zreperowali lewą windę kotwiczną, wprawdzie chodzi bardzo głośno, ale w ogóle chodzi.

15 luty 2005

200 mil do Charleston. W nocy obudziłem się, bo silnik wyraźnie zwolnił. Zadzwoniłem do CMK i nie myliłem się – coś z turbochargerem. Godzinę jechaliśmy 13 węzłów, potem ponad 16, niestety moja ETA na 2200. Po południu będę płynął pod prąd w Golfstromie.

Po Charleston 4/584) 17 luty 2005

Cały czas od wzięcia pilota, postój w porcie i wyjście była gęsta mgła. Inspekcję Coast Guardu przebyłem szczęśliwie i teraz zasuwam szparko przez Florida Strait. Jestem na trawersie Miami, w odległości trzech strzałów z działa pięciofuntowego.

W tym Charleston ( od Charles Town) byłem kilka razy i nie wyszedłem na ląd. Wiem tylko, że tam wymyślili taniec dla Bohdana Łazuki „Dzisiaj, jutro, zawsze będę cię kochać tak, kochać tak.”

19 luty 2005, na południe od Haiti

Kancelowali Kingston- jadę bezpośrednio do Rio Haina. Potem Cartagena w Kolumbii i Kanał Panamski. Następnie Buenaventura i Chile – San Antonio i San Vincente.

Włączyłem radio i popłynęła haitańska mowa i muzyka. Muzyka to salsa z podkładem afrykańskich tamtamów, śpiewana w mieszaninie starofrancskiego i swahili, ale zrozumiałem, że śpiewają „C’est la vie”. Przypłynęły wspomnienia z Port au Prince, klubu Waterloo i pięknej czarnej Jane.

Prezydenta Aristide już nie ma. Ciekawe czy im się trochę polepszyło.

Lubię to! Skomentuj5 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości