UWAGA! Trudny przekaz, tylko dla kumatych!
Abstrakt
Felieton stanowi gombrowiczowską diagnozę współczesnej polskiej polityki, w której autor dostrzega narastające poczucie wstrętu, ohydy i zmęczenia nieustannym konfliktem politycznych obozów. Punktem odniesienia jest „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza, a zwłaszcza pojedynek na miny między Miętusem i Syfonem, potraktowany jako metafora polsko-polskiej wojny politycznej.
Autor interpretuje wstręt jako swoisty mechanizm obronny przeciwko narzucanej obywatelom „formie” i „gębie” – patriotycznej, moralnej, europejskiej czy demokratycznej. W tym ujęciu zarówno patos, jak i polityczna poprawność, moralizowanie oraz wzajemne oskarżenia stają się elementami groteskowego spektaklu, w którym Donald Tusk zostaje symbolicznie przypisany do roli Miętusa, a Jarosław Kaczyński do roli Syfona.
Istotnym motywem felietonu jest również Gombrowiczowska brzydota jako narzędzie demaskacji. To, co nieestetyczne, groteskowe i pozbawione patosu, może okazać się prawdziwsze niż polityczna wzniosłość i ceremonialna poprawność. Autor wskazuje, że obie strony politycznego konfliktu, walcząc z „gębą” przeciwnika, same wytworzyły własne formy i rytuały.
Felieton kończy się apelem o wyrwanie się z tego błędnego koła. Polska polityka nie powinna być niekończącym się pojedynkiem Miętusa i Syfona, lecz przestrzenią rzeczywistej debaty o państwie. Narastający społeczny wstręt nie wynika więc z obojętności wobec Polski, lecz przeciwnie – z rozczarowania tym, że jej życie publiczne zostało sprowadzone do walki dwóch politycznych „min”.
A teraz do rzeczy.
Od pewnego czasu, kiedy patrzę na polską politykę, zaczynam odczuwać coś więcej niż zwykłe znużenie, irytację czy polityczne rozczarowanie. Coraz częściej jest to niemal fizyczny wstręt.
Człowiek patrzy, słucha, czyta i ma ochotę odwrócić głowę, jakby znalazł się w pomieszczeniu, w którym coś się zepsuło, lecz nikt nie chce powiedzieć co.
I wtedy – nie wiedzieć czemu – przed oczami staje mi scena z „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza, a zwłaszcza pojedynek na miny między Miętusem i Syfonem.
I nagle wszystko zaczyna się zgadzać. Bo czymże jest dzisiejsza polska polityka, jeśli nie gigantycznym pojedynkiem dwóch min? Jedną z nich przypisałbym Jarosławowi Kaczyńskiemu, drugą zaś Donaldowi Tuskowi.
Nie dlatego, że panowie są literackimi odpowiednikami Gombrowiczowskich bohaterów. Byłoby to zbyt łatwe. Chodzi raczej o mechanizm, który Gombrowicz rozpoznał genialnie: człowiek zostaje wtłoczony w „gębę”, a następnie zaczyna walczyć z inną „gębą”, używając dokładnie tej samej broni.
I tak oto polska polityka stała się narodowym pojedynkiem na miny.
Gombrowicz patrzy na nas z niedowierzaniem
W „Ferdydurke” wszystko zaczyna się od formy.
Człowiek nie może być po prostu sobą. Musi być kimś określonym: młodzieńcem, patriotą, inteligentem, tradycjonalistą, nowoczesnym Europejczykiem, prawdziwym Polakiem, demokratą, obrońcą narodu, obrońcą Konstytucji, obrońcą Kościoła, obrońcą Europy.
Każdy dostaje swoją gębę. A kiedy już ją dostanie, powinien ją nosić z odpowiednio uroczystą miną. I właśnie wtedy rodzi się wstręt.
Wstręt jest bowiem niekiedy mechanizmem obronnym organizmu przeciwko fałszowi. Tak jak ciało odrzuca coś, co uznaje za szkodliwe, tak psychika buntuje się przeciwko formie, która została człowiekowi narzucona.
Gombrowicz wiedział o tym doskonale. Dlatego jego bohaterowie nie tylko myślą, że coś jest ohydne. Oni tę ohydę czują fizycznie. Mdłości, grymas, niesmak, odruch wymiotny – oto język, którym ciało mówi: „Nie przyjmuję tego!”.
Czyż współczesny polski wyborca nie zna tego uczucia?
Czy naprawdę trzeba być zaciekłym przeciwnikiem PiS-u, żeby poczuć wstręt, kiedy z ekranu telewizora po raz setny słyszy się tę samą opowieść o „prawdziwej Polsce”, „narodzie”, „zdradzie”, „niemieckich wpływach” i „obronie suwerenności”?
Ale czy trzeba być zwolennikiem PiS-u, żeby nie odczuwać mdłości, kiedy z drugiej strony sceny politycznej słyszy się kolejne zaklęcia o „demokracji”, „praworządności”, „europejskości”, „uśmiechniętej Polsce” i moralnej wyższości własnego obozu?
Jedni mają swoją gębę. Drudzy mają swoją. A obywatel ma już od tego wszystkiego odruch wymiotny.
Syfon i jego święta mina
Syfon jest dla mnie figurą człowieka, który wierzy w swoją czystość. Wierzy tak bardzo, że jego niewinność zaczyna stawać się czymś podejrzanym. I właśnie dlatego Syfon jest groteskowy. Jego idealizm, jego wzniosłość, jego przekonanie o własnej duchowej wyższości stają się w końcu czymś potwornym. Bo kiedy człowiek zbyt długo demonstruje swoją moralną nieskazitelność, zaczynamy podejrzewać, że pod tą nieskazitelnością kryje się zwyczajna ludzka próżność.
Czyż polska polityka nie zna takich Syfonów? Oczywiście, że zna. I to po obu stronach.
Każdy polityczny obóz uważa się za bardziej moralny od przeciwnika. Każdy posiada własną definicję patriotyzmu, demokracji, praworządności i przyzwoitości. Każdy chętnie przedstawia swoich przeciwników jako ludzi gorszego sortu.
A im bardziej polityk zapewnia nas o własnej moralnej wyższości, tym bardziej zaczynamy dostrzegać jego minę.
I wtedy wkracza Miętus.
Miętus, czyli brzydota, która zdziera maskę
Miętus nie próbuje być piękny. Przeciwnie. Jego bronią jest właśnie brzydota. Wykrzywia twarz, robi miny, posługuje się czymś plugawym, niesymetrycznym, nieeleganckim. Robi wszystko, żeby zniszczyć świętoszkowatą minę Syfona.
I tutaj Gombrowicz wykonuje swój genialny manewr.
Okazuje się bowiem, że brzydota może być bardziej prawdziwa od piękna. Brzydota burzy porządek.
Piękno chce, żebyśmy zachowali dystans. Brzydota ten dystans niszczy. Piękno mówi: „Patrzcie, jaki jestem doskonały!”. Brzydota odpowiada: „Nie udawaj! Jesteś tylko człowiekiem”.
Dlatego właśnie groteska bywa prawdziwsza od patosu.
I dlatego w polityce najbardziej podejrzane zaczynają być te momenty, kiedy wszystko wygląda zbyt pięknie. Kiedy polityk mówi dokładnie to, co powinien powiedzieć. Kiedy stoi dokładnie tak, jak powinien stać. Kiedy jego twarz jest dokładnie tak poważna, jak wymaga tego sytuacja. Kiedy za jego plecami powiewają flagi, przemawiają chóry, grzmią hymny, a słowa „naród”, „Ojczyzna”, „demokracja” i „Europa” pojawiają się z częstotliwością przecinków.
Wtedy Gombrowicz mógłby zapytać: A gdzie jest człowiek?
Szkoła Bladaczki, czyli polityczna edukacja obywatela
W „Ferdydurke” mamy szkołę dyrektora Piórkowskiego. To miejsce szczególne. Tam człowiek zostaje „upupiony”. Zamiast samodzielnie myśleć, ma przyjąć gotową formę. Ma uwierzyć, że „Słowacki wielkim poetą był”, ponieważ tak należy uważać. Nie wolno zapytać: dlaczego? Nie wolno mieć własnego zdania. Nie wolno wyjść poza przygotowaną formułę.
Czyż nie przypomina to trochę współczesnej polityki?
Jedni każą nam powtarzać, że Polska jest zagrożona przez obcych, zdrajców, liberałów i europejskich biurokratów. Drudzy każą nam powtarzać, że Polska jest zagrożona przez populistów, nacjonalistów, autokratów i obrońców starego porządku.
Jedni mówią: „Musisz myśleć tak, bo jesteś patriotą!” Drudzy: „Musisz myśleć tak, bo jesteś demokratą!”
A ja mam coraz większą ochotę odpowiedzieć:
A może pozwolicie mi wreszcie samemu pomyśleć?
To właśnie jest moment, w którym rodzi się wstręt jako mechanizm obronny. Nie przeciwko Polsce. Nie przeciwko demokracji. Nie przeciwko patriotyzmowi.
Przeciwko obowiązkowej minie, którą ktoś próbuje człowiekowi przykleić do twarzy.
Kaczyński jako Syfon, Tusk jako Miętus?
Jeżeli już koniecznie mamy obsadzić współczesną polską politykę w gombrowiczowskich rolach, to – z pełną świadomością umowności tego porównania – widziałbym Jarosława Kaczyńskiego w roli Syfona, a Donalda Tuska w roli Miętusa.
Kaczyński od lat buduje swoją polityczną pozycję na formie moralnej i patriotycznej. Polska ma być określona, uporządkowana, oparta na wartościach, tradycji i jasno wskazanym podziale na swoich i obcych. To właśnie jest jego „mina”.
Tusk natomiast znacznie częściej posługuje się demontażem miny przeciwnika. Ośmieszeniem, ironią, politycznym kontratakiem, rozbijaniem patosu PiS-u. To jest jego „mina Miętusa”.
Problem polega jednak na tym, że Miętus także z czasem dorabia się własnej gęby.
I wtedy zaczyna się gombrowiczowski paradoks. Człowiek walczący z formą sam staje się formą. Człowiek demaskujący cudzą hipokryzję zaczyna tworzyć własny ceremoniał. Człowiek walczący z cudzym patosem zaczyna produkować własny.
I tak obaj przeciwnicy zaczynają przypominać dwóch zawodników, którzy od dawna nie pamiętają już, o co poszło, ale nadal wymachują pięściami.
Polska polityka jako pojedynek na miny
Najbardziej przerażające jest to, że pojedynek Kaczyńskiego z Tuskiem przestał być wyłącznie konfliktem dwóch polityków.
Stał się systemem produkcji emocji.
Jedni mają się oburzać. Drudzy mają się oburzać na tych pierwszych.
Jedni mają czuć pogardę dla „lewactwa”. Drudzy mają czuć pogardę dla „ciemnogrodu”.
Jedni mają widzieć w przeciwniku zdrajcę. Drudzy – faszystę, autokratę albo zamordystę.
I tak społeczeństwo zostaje ustawione naprzeciwko siebie jak widownia podczas gombrowiczowskiego pojedynku.
Tylko że tym razem pojedynek nie odbywa się na szkolnym korytarzu. Odbywa się na całym państwie.
Brzydota ma jednak swoją przewrotną wartość
Gombrowicz nauczył nas jeszcze jednej rzeczy. Nie zawsze należy uciekać od brzydoty. Czasem trzeba się jej przyjrzeć. Bo brzydota może być demaskująca.
Gest, który jest niezgrabny, słowo, które jest nieporadne, twarz wykrzywiona w grymasie, polityk przyłapany na sprzeczności – wszystko to może nagle powiedzieć o człowieku więcej niż najbardziej wyrafinowany przemówieniowy majstersztyk.
Dlatego najbardziej interesujące są w polityce nie chwile, kiedy politycy wyglądają jak pomniki. Najbardziej interesujące są chwile, kiedy pomnik zaczyna się kruszyć. Kiedy wypada z niego człowiek. Kiedy spod patriotycznego koturnu wychodzi zwyczajna ludzka małość. Kiedy spod europejskiej elegancji wychodzi zwyczajna polityczna kalkulacja. Kiedy pod wielkimi słowami okazuje się być zwyczajna walka o władzę.
I właśnie wtedy pojawia się prawda. Nieładna. Nieuroczysta. Czasem wręcz obrzydliwa.
Ale prawdziwa.
Największy problem polega na tym, że wszyscy jesteśmy już trochę Miętusami
Gombrowiczowska brzydota ma jeszcze jedną niezwykłą właściwość.
Ona wyrównuje ludzi.
Piękno ustawia jednych wyżej, a innych niżej. Brzydota natomiast sprowadza wszystkich do wspólnego mianownika.
Wszyscy mamy ciało. Wszyscy jesteśmy śmieszni. Wszyscy popełniamy błędy. Wszyscy mamy swoje słabości. Wszyscy możemy zrobić minę, której potem będziemy się wstydzić.
I może właśnie tego najbardziej brakuje dziś polskiej polityce: świadomości własnej śmieszności.
Bo człowiek, który potrafi śmiać się z siebie, jest znacznie mniej niebezpieczny od człowieka, który jest święcie przekonany o własnej nieomylności.
A mnie po prostu robi się niedobrze
Dlatego kiedy dziś oglądam polską politykę, coraz częściej przypomina mi się tamta scena z „Ferdydurke”.
Syfon naprzeciwko Miętusa. Jedna mina przeciwko drugiej. Czystość przeciwko plugastwu. Patos przeciwko grotesce. Wzniosłość przeciwko fizjologii.
A pośrodku tego wszystkiego – człowiek, który ma już serdecznie dość.
Bo ileż można patrzeć na polityków, którzy nieustannie usiłują przykleić nam własne gęby? Ileż można słuchać, że trzeba kochać jednych, a nienawidzić drugich? Ileż można oglądać ten sam pojedynek, w którym zmieniają się dekoracje, hasła i rekwizyty, lecz mechanizm pozostaje ten sam?
Gombrowicz powiedziałby zapewne, że zostaliśmy „upupieni”.
Ja powiedziałbym prościej:
Zostaliśmy wciągnięci w narodowy pojedynek na miny.
Puenta
A kiedy patrzę na te wszystkie miny – jedne nabożne, drugie wojownicze, jedne patetyczne, drugie szydercze – coraz częściej mam ochotę zrobić coś, czego Miętus i Syfon nie przewidzieli.
Odwrócić się i wyjść, jak pisał Herbert w wierszu Potęga smaku.
Nie dlatego, że przestała mnie obchodzić Polska. Właśnie dlatego, że nadal mnie obchodzi. Bo Polska nie zasługuje na to, żeby jej życie publiczne było bez końca sprowadzane do pojedynku dwóch politycznych min.
I może najwyższy już czas, żeby ktoś wreszcie powiedział:
Panowie Kaczyński i Tusk – skończcie z tymi minami.
Bo obywatelowi nie jest już do śmiechu.
Obywatelowi robi się niedobrze.


Komentarze
Pokaż komentarze (7)