echo24 echo24
128
BLOG

Jarosław Kaczyński. Zbawca narodu, czy przekleństwo losu? Refleksja historyczna

echo24 echo24 Polityka Obserwuj notkę 20
Kaczyński musi odejść!

Piszę ten tekst z pozycji człowieka, który kiedyś zawierzył reformatorskim zdolnościom Jarosława Kaczyńskiego.

Nie jestem więc kimś, kto zawsze wiedział lepiej. Przeciwnie — sam dałem się uwieść jego politycznej legendzie.

W 2012 roku nazwałem go „Niezniszczalnym”. Podziwiałem jego odporność, determinację i niezwykły polityczny instynkt. Po Smoleńsku zwyczajnie po ludzku było mi go żal. Stracił brata bliźniaka i, jak wtedy uważałem, był bezlitośnie poniewierany przez swoich politycznych przeciwników.

Wierzyłem, że mimo swoich wad jest człowiekiem, który naprawdę walczy o Polskę.

Dziś wiem, że byłem naiwny.

I nie mam problemu, żeby to powiedzieć publicznie. Przeciwnie — uważam, że człowiek powinien mieć odwagę przyznać się do własnego błędu.

Pierwszym momentem mojego otrzeźwienia były bogoojczyźniane miesięcznice smoleńskie.

Początkowo myślałem: żałoba, pamięć, ból człowieka po stracie brata. Ale z czasem zacząłem widzieć coś więcej. Zobaczyłem, jak osobista tragedia zostaje z premedytacją przekształcona w polityczne paliwo. Jak z bólu, żałoby, gniewu i poczucia krzywdy powstał niezwykle skuteczny instrument mobilizowania elektoratu.

I tak rodziła się szowinistyczna religia polityczna z jednym zasadniczym dogmatem:

„Ja-ro-sław! Pol-skę zbaw!”

Wtedy po raz pierwszy pomyślałem:

A może ja przez lata patrzyłem nie na zbawcę Polski, tylko na sprytnego i załganego politycznego gracza?

W 2015 roku sam oddałem głos na PiS. Tak, ja również przyłożyłem rękę do tego zwycięstwa. Nie będę dzisiaj udawał niewiniątka.

Lecz zrobiłem to z tej przyczyny, że w okresie 2007 - 2015 Platforma Obywatelska tak bardzo się rozbrykała wierząc w swoją nieomylność, iż potrzebuje politycznego policzka.

Ale kiedy PiS dostał samodzielną większość, zacząłem widzieć Kaczyńskiego inaczej. Konstytucja zaczęła być traktowana jak przeszkoda. Parlamentaryzm — jak dekoracja. Kluczowo ważne instytucje państwa — jak pionki politycznych szachów. 

Zorientowałem się, że zdeptano polityczny obyczaj i zaczęła się polityczna wolna amerykanka.

I wtedy zrobiłem coś, czego wielu polityków i ich bezkrytycznych wyznawców nigdy nie potrafi zrobić:

przyznałem się do błędu.

W 2019 roku napisałem tekst „Przepraszam Radę Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego ” – vide: https://www.salon24.pl/u/salonowcy/963899,przepraszam-rade-wydzialu-prawa-i-administracji-uniwersytetu-jagiellonskiego   

Publicznie przeprosiłem profesorów UJ za moje wcześniejsze słowa. Przyznałem, że byłem naiwny i wierzyłem jeszcze, że reforma sądownictwa może zostać przeprowadzona przez PiS w sposób cywilizowany.

To był dla mnie ważny moment.

Bo przeprosiny nie są oznaką słabości. Słabością jest brnięcie w błąd tylko dlatego, że człowiek wstydzi się przyznać, iż się pomylił.

Potem przyszedł rok 2020. Pandemia. Strach. Szpitale. Umierający ludzie. A obok tego polityczna walka o termin wyborów.

I wtedy zapytałem sam siebie:

Czy państwo jest dla polityków, czy politycy dla państwa?

To pytanie zostało we mnie do dziś.

Bo zrozumiałem, że problemem Kaczyńskiego nie jest brak talentu. Wręcz przeciwnie. Jego talent polityczny jest ogromny. Potrafi bowiem instynktownie rozpoznać społeczną frustrację. Potrafi wskazać winnego. Potrafi stworzyć poczucie oblężonej twierdzy. Potrafi przekonać swoich zwolenników, że Polska dzieli się na „naszych” i „ich”.

Tylko że ja już wiem:

Polska nie jest własnością żadnej partii. Jest także moja. I tych wszystkich, którzy Kaczyńskiemu nie klaszczą.

A potem pojawił się narracyjnie parciany Karol Nawrocki.

I tutaj skończyła się resztka mojego zaufania do Jarosława Kaczyńskiego. Nie dlatego, że wskazał polityka prawicy. Miał do tego prawo. Problemem jest to, jaki model państwa wyrósł z tej niszczącej państwo politycznej ustawki.

Jeżeli prezydent zamiast łagodzić konflikty staje się ich uczestnikiem; jeżeli zamiast być prezydentem wszystkich obywateli utożsamia się z jedną polityczną Polską; jeżeli veto staje się podstawowym narzędziem politycznej walki;

to pytam:

czy jeszcze budujemy państwo, czy już tylko walczymy o władzę nad państwem?

Dlatego dzisiaj, po latach, pytam:

Jarosław Kaczyński — zbawca narodu czy przekleństwo losu?

Nie wiem, jak odpowie na to historia. Wiem natomiast, jak odpowiadam ja.

Kiedyś widziałem w nim Niezniszczalnego. Dzisiaj widzę przede wszystkim perfidnie obłudnego polityka, którego ogromny talent został bezdusznie wykorzystany do stworzenia systemu opartego na permanentnym konflikcie, w myśl zasady „po nas choćby potop”.

I dlatego jeszcze raz powtórzę, że nie wstydzę się powiedzieć:

pomyliłem się.

Miałem jednak cywilną odwagę publicznie się do tego przyznać. 

Bo można pomylić się w wyborze polityka. Można pomylić się w ocenie człowieka. Ale nie wolno pomylić się po raz drugi — kiedy fakty już krzyczą na alarm!

A największy paradoks Kaczyńskiego?

Człowiek, który chciał rzekomo „zbawić Polskę”, stworzył polityczny obóz przekonany, że tylko on potrafi ją zbawić. A kiedy polityk uwierzy, że ma monopol na zbawienie narodu, dzieje się rzecz naprawdę groźna:

obywatel przestaje być obywatelem. Staje się wyznawcą doktryny.

A państwo?

Staje się ołtarzem politycznej ambicji.

I wtedy kończy się polityka. Zaczyna się polityczne znachorstwo.

A kiedy lekarstwo nie działa, znachor zawsze ma tę samą odpowiedź:

„To nie lekarstwo było złe. To pacjent za słabo wierzył.”

Krzysztof Pasierbiewicz,  em. nauczyciel akademicki, niezależny bloger

echo24
O mnie echo24

emerytowany nauczyciel akademicki, tłumacz, publicysta, prozaik, bloger niezależny

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (20)

Inne tematy w dziale Polityka