echo24 echo24
466
BLOG

No i wyszło szydło z Matczaka

echo24 echo24 Polityka Obserwuj notkę 34
Od Nowaka do Matczaka. Ten sam mechanizm?

Jest w polskiej polityce pewien osobliwy gatunek ludzi, którzy najpierw występują w roli strażników zasad, obrońców demokracji i autorytetów zatroskanych o dobro wspólne, a potem — kiedy na horyzoncie pojawia się ktoś, kto może przeciąć ich osobiste plany — nagle zaczynają mówić rzeczy, po których człowiek przeciera oczy ze zdumienia.

I wtedy właśnie przypomina się stare, poczciwe powiedzenie: „Wyszło szydło z worka”.

Nie chodzi bowiem o to, co człowiek deklaruje, kiedy wszystko układa się po jego myśli. Prawdziwy sprawdzian charakteru przychodzi dopiero wtedy, gdy rzeczywistość brutalnie weryfikuje jego wyobrażenia o własnej wyjątkowości.

I właśnie dlatego z zainteresowaniem przyglądam się ostatniemu występowi profesora Marcina Matczaka, który — w mojej ocenie — mógł mieć znacznie większe ambicje polityczne, niż wynikałoby to z jego dotychczasowego publicznego wizerunku.

Nie mam oczywiście dostępu do profesorskich marzeń sennych ani do prywatnych rozmów przy kawie. Nie twierdzę więc, że znam jego rzeczywiste zamiary. Ale polityka ma to do siebie, że czasem wystarczy jedno zdanie, by obserwator zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem za deklarowaną troską o państwo nie kryje się również troska o własne miejsce w tym państwie.

I oto na drodze profesora Matczaka miał się pojawić Maciej Berek.

Człowiek, którego polityczna pozycja i rosnąca rozpoznawalność mogą — przynajmniej w takim scenariuszu — komplikować plany innym osobom, snującym własne wizje przyszłości.

I nagle profesor Matczak orzeka, że Maciej Berek jest błędem Donalda Tuska.

Doprawdy, interesująca to diagnoza. Zwłaszcza jeśli zadać sobie pytanie, czy jest ona wyłącznie chłodną oceną polityczną, czy może również reakcją człowieka, któremu na drodze do wymarzonego celu wyrósł nieoczekiwany konkurent.

Bo jeśli ktoś rzeczywiście zamierzałby kiedyś ubiegać się o najwyższy urząd w państwie, to przecież nie wystarczy przekonać wyborców, że jest się człowiekiem kompetentnym, niezależnym i zatroskanym o Polskę. Trzeba jeszcze przekonać polityczne otoczenie, że to właśnie on, a nie ktoś inny, powinien otrzymać szansę.

A wtedy każdy potencjalny rywal może zacząć uwierać.

Nie przesądzam, czy tak właśnie jest w przypadku profesora Matczaka. Stawiam jedynie pytanie, które po jego wypowiedzi samo się nasuwa: czy profesor ocenia Berka z perspektywy interesu państwa, czy może także z perspektywy własnych ambicji?

W polityce takie pytania są jak najbardziej uprawnione. Zwłaszcza gdy ktoś, kto dotąd występował w roli arbitra, zaczyna wydawać wyroki, których temperatura wydaje się nieco wyższa od temperatury bezstronnej analizy.

Ale żeby zrozumieć, dlaczego cała ta historia wydała mi się tak znajoma, trzeba cofnąć się do czasów, kiedy podobny spektakl rozgrywał się po drugiej stronie politycznej barykady.

Profesor Nowak, czyli żubr w miejscu szczególnie bolesnym

Przed laty podobny problem — przynajmniej w mojej interpretacji — pojawił się w przypadku profesora Andrzeja Nowaka, historyka Uniwersytetu Jagiellońskiego, publicznie kojarzonego z prawicowym zapleczem ideowym.

W moim przekonaniu profesor Nowak mógł liczyć na to, że Jarosław Kaczyński powierzy mu kiedyś rolę kandydata PiS na prezydenta RP. Był przecież profesorem z dorobkiem, człowiekiem rozpoznawalnym w środowiskach konserwatywnych, a przy tym kimś, kto mógł uchodzić za kandydata bardziej intelektualnego niż partyjnego.

Krótko mówiąc: materiał na prezydenta, przynajmniej w oczach tych, którzy w profesorskiej todze chcieliby zobaczyć polityczną koronę. Przyznaję ze wstydem, że sam o tym pisałem w roku 2015 w felietonie zatytułowanym "Kogo profesor Nowak chciał ugryźć w d*pę", w którym próbowałem usprawiedliwić powody napisania tego brzydkiego listu profesora Nowaka, - czego dziś ogromnie żałuję. 

Tyle że Jarosław Kaczyński postanowił inaczej. W 2015 roku postawił na Andrzeja Dudę.

I wtedy, jak głosiłby nieco złośliwy kronikarz polskich ambicji, profesorowi Nowakowi miało się coś w duszy przestawić.

Nie wiem, czy rzeczywiście miał już wydrukowane ulotki z napisem „Profesor Andrzej Nowak — naszym prezydentem”. Ta opowieść, choć znakomicie pasuje do całej historii, wymagałaby osobnego potwierdzenia. Nie potrzebuję jednak niepotwierdzonych ulotek, by dostrzec polityczną wymowę późniejszego gestu profesora.

Chodzi o jego list odczytany podczas konwencji wyborczej Andrzeja Dudy w 2015 roku.

W mojej ocenie był to list niefortunny zarówno w treści, jak i w okolicznościach, w jakich został wysłany. Zamiast pomóc kandydatowi, stwarzał wrażenie, że autor rozlicza się z własnym rozczarowaniem i że sprawa osobistej urazy przynajmniej częściowo przesłoniła mu interes politycznego obozu, z którym się utożsamiał.

A przecież w polityce, podobnie jak w życiu, nic nie jest bardziej niebezpieczne niż urażona ambicja człowieka przekonanego, że należy mu się coś więcej.

Jarosław Marek Rymkiewicz potrafił opisywać podobne stany ducha obrazowo, dosadnie i bez cienia litości. Gdybyśmy chcieli sięgnąć po jego brutalną metaforykę, można by powiedzieć, że profesor zachował się tak, jakby go żubr ugryzł w miejsce, w którym ból szczególnie trudno ukryć.

Nie jest to, rzecz jasna, diagnoza medyczna. To jedynie złośliwa metafora politycznej frustracji.

Ale przyznaję: działa na wyobraźnię.

Bo oto człowiek, który mógł mieć nadzieję na rolę pierwszoplanową, znalazł się w sytuacji, w której pierwsze skrzypce powierzono komuś innemu. A wtedy pojawiło się pytanie, czy jego wcześniejsze zaangażowanie było wyłącznie wyrazem troski o sprawę, czy także — choćby w jakiejś części — inwestycją we własną przyszłość.

I właśnie w takich momentach wychodzi szydło z worka.

Nie dlatego, że każdy człowiek mający ambicje jest podejrzany. Przeciwnie: ambicja sama w sobie nie jest żadnym grzechem. Państwo potrzebuje ludzi, którzy chcą pełnić odpowiedzialne funkcje.

Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy człowiek myli dobro publiczne z własnym awansem, a polityczną sprawę, której służył, zaczyna traktować jak osobisty folwark.

Wówczas przegrana nie jest już tylko przegraną. Staje się osobistą krzywdą, którą trzeba publicznie zademonstrować.

Od Nowaka do Matczaka. Ten sam mechanizm?

Nie twierdzę, że profesorowie Nowak i Matczak są identyczni ani że kierują się tymi samymi motywami. Dzieli ich przecież ideowa przepaść. Jeden należy do świata prawicowej myśli politycznej, drugi jest kojarzony z liberalną obroną państwa prawa.

A jednak w obu przypadkach można postawić podobne pytanie: co się dzieje, gdy człowiek przekonany o własnej przydatności dla państwa odkrywa, że polityczne rozdanie może potoczyć się bez niego?

To pytanie jest ważniejsze niż personalne animozje, bo dotyczy mechanizmu, który od lat zatruwa polskie życie publiczne.

Mamy bowiem w Polsce mnóstwo ludzi, którzy deklarują służbę idei, lecz nie zawsze potrafią pogodzić się z tym, że ostatecznie nie oni będą tę ideę reprezentować. Chcą być niezależni, dopóki ktoś nie podejmie decyzji niezależnej od nich. Bronią zasad, dopóki zasady nie staną się przeszkodą na drodze do ich własnego celu.

Wtedy zaczynają się pretensje, demonstracyjne dystansowanie, publiczne połajanki i moralne rozrachunki.

Oczywiście nie każda krytyka politycznego konkurenta wynika z ambicji. Maciej Berek może być oceniany krytycznie, a profesor Matczak ma pełne prawo do wyrażania własnych poglądów. Podobnie list profesora Nowaka można analizować bez sprowadzania całej jego postawy do urażonej dumy.

Ale jeśli ktoś wchodzi na scenę publiczną jako obrońca zasad, powinien pamiętać, że jego własne zachowanie również będzie tym zasadom podlegać.

Nie wystarczy pouczać innych o odpowiedzialności. Trzeba jeszcze umieć zachować się odpowiedzialnie wtedy, gdy nie dostaje się tego, na co się liczyło.

Nie wystarczy mówić o dobru wspólnym. Trzeba jeszcze umieć zaakceptować, że wspólnota może wybrać kogoś innego.

I nie wystarczy deklarować bezinteresowności. Czasem trzeba ją po prostu udowodnić własną reakcją na porażkę.

Bo człowieka poznaje się nie tylko po tym, co mówi, kiedy wygrywa. Poznaje się go również po tym, co mówi, kiedy przegrywa.

Polskie piekło, czyli każdy chce zbawić Polskę osobiście

I tak dochodzimy do zjawiska, które w Polsce jest starsze niż niejeden polityczny spór, a zapewne przetrwa jeszcze niejedną partię, koalicję i prezydenturę.

Do polskiego piekła

Określenie to zostało spopularyzowane w polskiej przestrzeni publicznej przez premiera Tadeusza Mazowieckiego 31 marca 1990 roku, podczas przemówienia na posiedzeniu Komitetu Obywatelskiego przy Przewodniczącym NSZZ „Solidarność”.

Nieprzypadkowo właśnie wtedy, gdy Polska próbowała urządzać się na nowo po przełomie ustrojowym, trzeba było przypominać, że wspólna sprawa może przegrać z osobistymi rachunkami, ambicjami i wzajemną niechęcią.

Polskie piekło nie polega bowiem wyłącznie na tym, że Polak Polakowi zazdrości. To zbyt łagodne określenie.

Polega na tym, że każdy chciałby zbawić Polskę, ale najlepiej pod własnym nazwiskiem. Każdy pragnie jedności, pod warunkiem że to on będzie jednoczył. Każdy apeluje o odpowiedzialność, dopóki odpowiedzialność nie wymaga ustąpienia miejsca komuś innemu.

A gdy już pojawi się konkurent, nagle okazuje się, że dotychczasowy sojusznik jest błędem, polityczny wybór katastrofą, a wspólna sprawa — przedsięwzięciem, które należałoby natychmiast zrewidować.

Wtedy nie ma już demokracji, jest osobista krzywda. Nie ma wspólnoty, jest własne ego. Nie ma służby publicznej, jest walka o to, kto będzie siedział w pierwszym rzędzie.

I tak, zamiast budować państwo, urządzamy casting na zbawcę narodu.

Jedni marzą o prezydenturze w imię obrony konserwatywnych wartości, inni mogliby marzyć o niej w imię obrony liberalnej demokracji. Jedni liczą na namaszczenie prezesa, inni na uznanie premiera, jeszcze inni na entuzjazm opinii publicznej.

A kiedy namaszczenie przypada komuś innemu, zaczyna się narodowy spektakl urażonej dumy.

W tym właśnie tkwi ironia całej historii. Ludzie, którzy najgłośniej mówią o naprawie państwa, nie zawsze dostrzegają, że pierwszym krokiem do jego naprawy bywa naprawienie własnego stosunku do ambicji.

Nie trzeba rezygnować z marzeń. Trzeba tylko pamiętać, że Polska nie jest nagrodą pocieszenia dla tych, którym nie udało się zostać kimś większym.

I dlatego, kiedy słyszę kolejne wielkie deklaracje o zasadach, odpowiedzialności i dobru wspólnym, coraz częściej zastanawiam się nie nad tym, kto je wygłasza, lecz nad tym, jak ów człowiek zachowa się w chwili, gdy ktoś inny otrzyma szansę, na którą on sam liczył.

Bo właśnie wtedy kończy się polityczny teatr, a zaczyna prawdziwy egzamin z charakteru.

A z polskiego piekła nie wyjdziemy, dopóki każdy kandydat na zbawcę narodu będzie uważał, że Polska jest wielka wtedy, gdy wybiera jego, a popełnia błąd wtedy, gdy wybiera kogoś innego.

No i, proszę Państwa, właśnie dlatego tak często wychodzi szydło z worka.

Czasem z worka profesora Matczaka. Czasem z worka profesora Nowaka.

A najgorsze jest to, że kiedy już szydło wyjdzie, obaj panowie — każdy ze swojej strony politycznej barykady — mogą nadal być przekonani, że to nie oni powinni się tłumaczyć.

Bo w polskim piekle nawet szydło ma ambicję zostać diabłem naczelnym.

Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki, niezależny bloger)

Zobacz galerię zdjęć:

echo24
O mnie echo24

emerytowany nauczyciel akademicki, tłumacz, publicysta, prozaik, bloger niezależny

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (34)

Inne tematy w dziale Polityka