196 obserwujących
2503 notki
5633k odsłony
  2460   0

Święte krowy wypasione na żakowskiej bryndzy

 

 

Media anonsują, że od nowego roku akademickiego polskie uczelnie zamierzają zwiększyć opłaty studenckie, niektóre nawet o kilkaset procent.

Już słyszę pokrętne zawodzenie ministerialnych płaczków pod batutą Barbary Kudryckiej, że naukę polską prześladuje gospodarczy kryzys, że dopadł nas niż demograficzny, że państwo nie ma funduszy na naukę i uczelnie muszą wreszcie zacząć same zarabiać na siebie…

Już widzę czcigodnych członków Rad Wydziału i Senatorów uczelnianych jak o dziwo biorą się do roboty i ślęczą nad opracowaniem nowych zasad pobierania opłat za usługi edukacyjne, wystukując jednym palcem na komputerowej klawiaturze coraz to „mądrzejsze” uczelniane okólniki, zarządzenia, uchwały i regulaminy. 

Otóż chciałbym przypomnieć ich magnificencjom rektorom, dziekanom i dozgonnym panom profesorom o naczelnej zasadzie szkolnictwa wyższego, że uczelnie mają służyć przede wszystkim studentom, a nie akademickiej biomasie, o czym znakomita większość obrosłych mchem sławy uczelnianych tuzów zdaje się na śmierć zapominać. 

No tak. Uczelnie nie mają pieniędzy więc trzeba kogoś oskubać. Oczywiście, nasze kadry naukowo-dydaktyczne to od wielu dekad nietykalne święte krowy. A więc kogo najłatwiej wydutkać??? No właśnie! Bezbronnych i nie mających nic do gadania studentów.

Myślę więc, że już czas najwyższy żeby złamać tabu i powiedzieć na głos, iż gros ludzi zajmujących się nauką na naszych uczelniach wykonuje swoją „pracę” kompletnie na darmo, gdyż brak im wyobraźni by spostrzec, że się do tej roboty krótko mówiąc nie nadają.

W czasie mojej blisko 40-letniej pracy na uczelni po wielokroć byłem świadkiem, jak tacy delikwenci silą się na „robienie nauki” grzęznąc w coraz to mniej istotnych szczegółach uznawszy, jakże błędnie, to, co robią, za zgłębianie wiedzy. I zaryzykuję tezę, że śmiertelnym grzechem polskiego szkolnictwa wyższego jest właśnie pozorowanie działań naukowych, a także wstręt kadry dydaktycznej do pracy ze studentami, którzy są dla niej wyłącznie zawadą w nieustannej pogoni za kasą. Oczywiście są chlubne wyjątki, lecz jedynie potwierdzające regułę. 

Jutro mnie wbiją na pal, lecz cóż, ktoś w końcu musi się odważyć i uchylić rąbka tajemnicy, na jakiej zasadzie się kręci ta zakłamana karuzela. 

Otóż trzeba sprawiedliwie przyznać, że prawie na każdej polskiej uczelni jest kilka katedr na prawdziwie europejskim bądź nawet światowym poziomie zarządzanych przez rzeczywiście mądrych ludzi. To dzięki nim nauka polska wciąż istnieje. Niestety te lokomotywy stanowią znakomitą mniejszość uczelnianych sił naukowych ciągnąc wagony pełne nieudacznych darmozjadów. 

Jak to możliwe? 

Otóż od wielu dekad naszymi uczelniami rządzą akademickie miernoty z tytułami profesora, w znacznej mierze docenci marcowi o komuszym rodowodzie oraz ich przefarbowani na różowo wychowankowie. Ludzie ci opletli polskie szkoły wyższe pajęczyną, którą na własny użytek nazywam „interaktywną mafią pseudonaukową”. I nic tu nie pomogła „Solidarność”, bo wtenczas, gdy jedni walczyli o uczciwą Polskę narażając życie i karierę, cwani docenci marcowi, obecnie trzęsący uczelniami profesorowie, w zaciszu swoich gabinetów „naukowych” tworzyli na sępa obłudne pryncypia Trzeciej Rzeczypospolitej. 

Ten para-feudalny system uprawomocniony jeszcze za komuny z powodzeniem prosperuje do dnia dzisiejszego dzięki prostej zasadzie. Zbiera się kilku takich utytułowanych dekowników i zakłada jakieś opłacane z budżetu uczelni ciało naukowe. Na uczelniach aż się roi od przeróżnych „naukowych” stowarzyszeń, komitetów, komisji, asocjacji, rad… i tak dalej. Beneficjenci tych „szacownych” gremiów produkują co roku tysiące artykułów „naukowych” na poziomie pism kolorowych dla lemingów, których szeregi, nota bene, wielokrotnie sami tworzą. Po czym te „dziejowe” prace wzajemnie sobie recenzują, hołdując zasadzie, że opinia jest tym lepsza, im mniej zrozumiałym językiem napisana.  Następnie ten kakofoniczny bełkot publikują w przez siebie nadzorowanych wydawnictwach, bo żadna szanująca się witryna by takich bredni do druku nie dopuściła. A potem w formularzu ocen pracowniczych piszą: „autor kilkuset publikacji naukowych”. A jakie są te publikacje już nikogo nie obchodzi. 

I o zgrozo, te rozbisurmanione stowarzyszenia wzajemnego zachwytu nad samymi sobą przyznają sobie nawzajem nagrody, medale i granty, nierzadko na sumy milionowe, bo zwykle posiadają swoich popleczników  w odpowiednich komisjach w Warszawie. A wszystko, jakże by inaczej – z budżetu uczelni, na koszt podatnika. I nie będzie w tym zbytniej przesady jak powiem, że gros polskiej literatury „naukowej” nadaje się wyłącznie na przemiał, a efektem są ostatnie miejsca czwartej setki w europejskich rankingach, na jakich się plasują najbardziej „renomowane” nadwiślańskie szkoły. 

Lubię to! Skomentuj43 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale