Zastanawiacie się Państwo, dlaczego tak surowo oceniam profesora Przemysława Czarnka jako potencjalnego premiera Polski? Odpowiem najprościej, jak potrafię: ponieważ przez blisko czterdzieści lat byłem nauczycielem akademickim w Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie i wiem z zawodowego doświadczenia, czym różni się prawdziwy autorytet od urzędowego tytułu.
Pozwólcie Państwo, że przypomnę pewną historię z mojego wydziału. Przedmiot wiodący wykładało dwóch profesorów. Gdy wprowadzono system swobodnego wyboru wykładowcy, studenci niemal jednogłośnie zapisywali się na wykłady jednego z nich, drugiego zaś omijali szerokim łukiem. W końcu trzeba było losować studentów, aby w ogóle ktoś pojawiał się na jego zajęciach. Efekt był łatwy do przewidzenia: ci, którzy trafiali na wykłady profesora cieszącego się autorytetem i sympatią, stawali się z czasem lepszymi studentami.
Dlaczego tak się działo?
Bo prawdziwy profesor to nie tylko człowiek z tytułem naukowym. To ktoś, kto posiada wrodzoną kulturę osobistą, intelektualną ciekawość świata, umiejętność rozmawiania z młodymi ludźmi i zdolność inspirowania ich do myślenia. Taki człowiek musi mieć charyzmę, poczucie humoru, wyobraźnię i przede wszystkim szacunek dla innych ludzi. Potrafi rozumieć świat młodego pokolenia, zamiast pouczać je z piedestału.
Innymi słowy: autorytet akademicki nie rodzi się z nominacji, lecz z osobowości.
I teraz przejdźmy do sedna sprawy.
Te same cechy, które czynią dobrego profesora, są w istocie warunkiem dobrego przywództwa w państwie. Premier kraju, podobnie jak wybitny wykładowca, musi mieć zdolność jednoczenia ludzi, wzbudzania zaufania, inspirowania i prowadzenia społeczeństwa ku wspólnemu celowi.
Niestety, w przypadku profesora Przemysława Czarnka trudno dostrzec te przymioty.
Jako minister edukacji i nauki zasłynął on nie tyle z budowania mostów między ludźmi, ile z wypowiedzi, które dzieliły społeczeństwo i budziły powszechne oburzenie. Wystarczy przypomnieć jego słowa o osobach LGBT: „Brońmy nas przed ideologią LGBT i skończmy słuchać tych idiotyzmów o jakichś prawach człowieka czy jakiejś równości. Ci ludzie nie są równi ludziom normalnym.”
Trudno o bardziej jaskrawy przykład języka wykluczenia w ustach człowieka odpowiedzialnego za kształtowanie młodych umysłów w Polsce.
A przecież polityk aspirujący do funkcji premiera powinien być przede wszystkim gwarantem szacunku dla wszystkich obywateli – bez względu na ich poglądy, pochodzenie czy styl życia. Państwo nie jest prywatnym folwarkiem jednej ideologii, lecz wspólnym domem bardzo różnych ludzi.
Problem z profesorem Czarnkiem polega właśnie na tym, że zamiast łagodzić napięcia, on je potęguje. Zamiast języka dialogu używa języka ideologicznej konfrontacji. Zamiast budować autorytet – prowokuje konflikty.
Taki styl może mobilizować własny elektorat, ale kompletnie nie nadaje się do rządzenia całym państwem.
Premier Polski musi być kimś więcej niż liderem jednej politycznej drużyny. Musi być kimś, kogo – nawet jeśli nie kochają – potrafią szanować także jego przeciwnicy. Musi mieć w sobie pewien rodzaj naturalnej powagi i obywatelskiej elegancji, która każe ważyć słowa.
A przede wszystkim musi posiadać to, co na uniwersytecie nazywaliśmy „magnetyzmem osobowości” – zdolnością przyciągania ludzi, a nie ich odpychania.
Profesor Czarnek tej zdolności, niestety, nie posiada.
Dlatego właśnie uważam, że gdyby kiedykolwiek stanął na czele polskiego rządu, byłby premierem tylko połowy Polski. A państwo, które chce być silne i stabilne, nie może sobie pozwolić na przywódcę dzielącego naród na „lepszych” i „gorszych”.
Bo dobry premier – tak jak dobry profesor – musi przede wszystkim rozumieć ludzi.
I właśnie tego rozumienia los Przemysławowi Czarnkowi poskąpił praktycznie w całości.
Krzysztof Pasierbiewicz (emerytowany nauczyciel akademicki AGH w Krakowie, niezależny bloger oddany prawdzie i sprawom ważnym dla naszego państwa)


Komentarze
Pokaż komentarze (14)