Istnieje taki moment w rozwoju myśli publicznej, gdy obserwator przestaje się zastanawiać czy dana wypowiedź ma sens, a zaczyna dociekać jakim cudem została wypowiedziana na głos, bez widocznych oznak skrępowania. Ostatnie wystąpienia Donalda Trumpa zdają się ten moment nie tylko przekraczać, ale uczynić z niego nową normę epistemologiczną, opartą na zasadzie: im mniej zrozumiałe, tym bardziej stanowcze.
Aby nie popaść w tanią publicystykę, postanowiłem poszukać dla tego zjawiska głębszego, najlepiej pseudonaukowego uzasadnienia. I wtedy przypomniała mi się genialna – choć dziś niesłusznie marginalizowana – imagineskopia, zapoczątkowana przez Śledzia Otrembusa Podgrobelskiego, a w istocie oparta na rewolucyjnych odkryciach myśliciela z Podhajec, Jeremiasza Apollona Hytza. Myśliciela, dodajmy, którego dorobek intelektualny wyprzedził swoją epokę mniej więcej o trzy epoki i jedną paranoję.
Hytz, kierując się zasadą, że nic nie dzieje się bez przyczyny, doszedł do wniosku, iż skoro każda przyczyna jest skutkiem wcześniejszej przyczyny, to najbardziej efektywną metodą poznawczą jest skupienie się na dowolnym fragmencie rzeczywistości i uznanie go za całość. W polityce światowej trudno o koncepcję bardziej nośną.
Centralnym elementem tej teorii jest przeziór – otwór w materii, przez który obserwator widzi jedynie wąski wycinek świata, ale widzi go z intensywnością graniczącą z objawieniem. Patrzący przez przeziór nie poznaje rzeczywistości, lecz własną jej projekcję, wzmocnioną przez poczucie nieomylności. W przypadku Donalda Trumpa przeziór ten ma kształt logo, złotą ramkę i zawsze kadruje to samo: ja mam rację.
Materia otaczająca przeziór – jak twierdził Hytz – wytwarza pole wzmacniające strumień świadomości wypływający z oka obserwatora. W normalnych warunkach strumień ten ulega korekcie przez rozum, doświadczenie i elementarną logikę. W warunkach trumpowskich natomiast strumień płynie szeroko, mętnie i bez jakichkolwiek śluz poznawczych, zalewając kolejne wywiady, wiece i platformy społecznościowe.
Nie bez znaczenia jest również odkryte przez Hytza zjawisko wielojaźni – stanu, w którym jednostka potrafi jednocześnie wygłaszać tezy wzajemnie się wykluczające, nie tylko nie dostrzegając sprzeczności, lecz traktując ją jako dowód głębi myśli. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Donald Trump opanował tę sztukę do perfekcji, osiągając poziom, na którym sprzeczność przestaje być wadą, a staje się argumentem. Wystarczy mówić cokolwiek, byle z odpowiednią pewnością siebie.
Warto jednak pamiętać, że Jeremiasz Apollon Hytz u schyłku życia popadł w manię prześladowczą, przekonany, iż świat ukrywa przed nim praprzyczynę wszelkiego zła. Tragiczny finał tej obsesji – samospłukanie w toalecie – bywa dziś interpretowany jako metafora niekontrolowanego zanurzenia się we własnej teorii.
I tu właśnie leży morał. Przeziór może być użytecznym narzędziem poznawczym, o ile pamięta się, że poza nim istnieje reszta świata. Problem zaczyna się wówczas, gdy ktoś uznaje przeziór za całość rzeczywistości, a własne odbicie w szybie za obiektywną prawdę. Wtedy absurd przestaje być śmieszny, a zaczyna kandydować do Nagrody Nobla – najlepiej pokojowej, przyznanej samemu sobie.
Krzysztof Pasierbiewicz (em. nauczyciel akademicki oraz niezależny bloger oddany prawdzie i sprawom ważnym dla naszego państwa)
Inne tematy w dziale Polityka