193 obserwujących
2622 notki
5792k odsłony
  772   0

Magia namiętności – odcinek (11)

Ambasada Królestwa Belgii w Pałacu Mniszchów w Warszawie
Ambasada Królestwa Belgii w Pałacu Mniszchów w Warszawie

Motto: Kobieta miłość do dziecka przedłoży zawsze ponad choćby najżarliwszą miłość do mężczyzny

Odreagowanie
Pokaz mody miał się ku końcowi i goście zaczynali się powoli rozchodzić.
– Krzysiu!, wspomnij Bernardowi o Marynce! – szepnęła mu do ucha.
– Nie teraz! ­Mam znacznie lepszy pomysł! Namów dziewczyny, by z nami pojechały, a ja zaproszę Bernarda z jego kolegami do ciebie na bankiet.
– No, co ty – skrzywiła się. – Nie jestem w nastroju.
– Ewa! Wiem, że ci teraz nie w smak balowanie i myślisz tylko o Marynce, ale parę drinków w miłym towarzystwie pomoże ci się na chwilę oderwać od tego koszmaru – kusił. – Ja też jestem wykończony tym wszystkim, ale tyle się ostatnio wydarzyło, że muszę się napić. Musimy wyjść do ludzi, bo inaczej wpadniesz w kompletną depresję
– No dobrze, pogadam z koleżankami!
 
– Wiesz, Bernard, jeśli macie ochotę, zapraszamy cię z przyjaciółmi do Ewy na parę drinków – zaproponował Krzysztof. – Gwiazdy dzisiejszego wieczoru chętnie się rozerwą.
– Great!!! – wykrzyknął zachwycony dyplomata i wyraźnie podekscytowany spytał:
– Co mamy ze sobą zabrać?
– No, przydałoby się trochę alkoholu i dużo lodu, bo Ewie nawaliła lodówka.
– No problem!!! Zahaczymy po drodze o hotel Victoria – wykrzyknął Bernard.
Zaaferowany dyplomata pobiegł do swoich kamratów z radosną nowiną, a Krzysztof z rozbawieniem obserwował ich reakcję. Młodsi pracownicy korpusu dyplomatycznego, którzy byli na pokazie sami, aż podskakiwali z radości, a ci wyżsi rangą, którzy przyszli na pokaz z żonami odmawiali nie kryjąc zazdrości.
 
O północy w stronę Warszawy ruszyła kawalkada luksusowych samochodów. Przez uśpione miasto zniewolonych, umęczonych i pozbawionych nadziei na jutro ludzi jechała gromada wesołych birbantów. Każdy z dyplomatów chciał czymś zaimponować i zakupione w Victorii drogie alkohole, kartony soków, coca-coli i amerykańskich papierosów mogłyby wystarczyć na dziesięć bankietów. W hotelu wykupiono również cały zapas lodu.
 
Na Jezuicką podjechał sznur limuzyn. W ciasnym mieszkanku zebrał się spory tłumek. Gospodarzy zarzucono stosem utytułowanych wizytówek. Alkohol robił swoje i impreza rozkręcała się z siłą huraganu. Krzysztof kochał muzykę. Ze Stanów przywiózł najmodniejsze longplaye. Na wysłużonym „Bambino” wyczarowywał z winylowych płyt istne cuda. Dobierając stosowne przeboje otwierał serca, podgrzewał krew w żyłach, a jak było trzeba, przyprawiał o łezkę. I raptem, ci sami dygnitarze, którzy na pokazie byli sztywni i nudni jak flaki z olejem okazali się wyluzowanymi facetami spragnionymi zabawy. Przy rytmicznej muzyce, na kilku metrach kwadratowych, w tropikalnej aurze przepojonej dymem z papierosów towarzystwo szampańsko się bawiło i wszyscy byli szczęśliwi, choć nie było tlenu.
Zauroczony Bernard pokrzykiwał, co chwila:
You are great Chris!!! My dear friend!!! I have never been to such wonderful party!!!Krzysztof, po paru głębszych wpadał w rodzaj transu. Budziła się wtedy jego kresowa natura, jaką odziedziczył po pradziadku, który pod Drohobyczem przebalował ponoć kilkanaście wiosek. Z kresowym akcentem pokrzykiwał dziko: – Dawaj! No, dawaj! Heja! Heja! Juppa! Juppa! Jego dzikość udzieliła się balującym. Zaczęły się szalone tańce przy brzęku tłuczonych kieliszków. W tym bułhakowskim pląsie gospodarze odreagowywali swe nieszczęście, a zesłani na Wschód dyplomaci banicję w egzotycznym kraju.
 
O piątej nad ranem rozbawione towarzystwo wsiadało z głośnym śmiechem do swoich limuzyn, a stójkowy milicjant udając, że tego nie widzi zniknął za rogiem.
 
– Przypomniałeś mu o Marynce? – spytała Ewa, rozścielając łóżko.
– Śpij, kochanie! Jutro pogadamy! – odparł sennie gasząc nocną lampkę.
 
Coś za coś 
Wieczorem zadzwonił Bernard z podziękowaniami za wspaniały bankiet. W rewanżu zapraszał do siebie na garden party. Nie omieszkał napomknąć, że byłoby miło, jakby również wpadły koleżanki Ewy.
– Bernard zaprasza na imprezę! – krzyknął przez ramię Krzysztof.
– To świetnie! – ucieszyła się Ewa. – Będzie w końcu okazja, żeby porozmawiać o Marynce.
– On zaprasza również twoje koleżanki z mody!
– Myślę, że się zgodzą, bo tego lata w mieście niewiele się dzieje! Powiedz, że przyjdziemy! – odkrzyknęła z kuchni.
Krzysztof oznajmił Bernardowi:
– Okej, dziękujemy za zaproszenie! Wpadniemy w komplecie! Znam adres, bo dałeś mi swoją wizytówkę! Do zobaczenia w sobotę!
 
 Jak się okazało, Bernard wynajmował okazałą willę z basenem i wielkim ogrodem.
– Całkiem niezła chatka! – chichotały modelki. – I popatrzcie tylko na te fury!
– Teraz pełna kultura, dziewczyny! – przywołał je do porządku Krzysztof.
W ogrodzie było już pełno gości. Słychać było podniecający szmer wielojęzycznych rozmów. Widok nieznanego młodzieńca wkraczającego w asyście zjawiskowo pięknych dziewcząt sprawił, że na moment zrobiło się tak cicho, że słychać było popiskujące jaskółki. Po chwili zebrani wznowili rozmowy, lecz czuło się, że wszyscy mówią o nich.
Bernard, z dumą przedstawił przybyłych gości:
 – Mój przyjaciel Christopher w towarzystwie topowych warszawskich modelek!
Rozległy się ochy i achy. Krzysztof nie bardzo wiedział, jak się znaleźć, lecz na szczęście, tłum ruszył w kierunku bufetu. Kiedy się dokładniej przyjrzał, w świetle ogrodowych lampionów wyłowił wśród gości prawie wszystkich dyplomatów, którzy tydzień wcześniej bawili się wesoło u Ewy. Wśród gości zwijali się galowo ubrani kelnerzy wynajęci z najlepszych warszawskich hoteli. Kucharze w zawadiackich czapach obracali na rusztach prosięta, przewracali na grilu płaty polędwicy, szaszłyki, królewskie krewetki, pikantne kiełbaski, pilnując jednocześnie ogromnej patelni z dochodzącą paellą. Na wykwintnie nakrytych stołach czekały na gości wymyślne sałatki, ryby, małże, ostrygi, wędliny, wszystko przystrojone pryzmami egzotycznych owoców. Specjalnością wieczoru były faszerowane kwiczoły ustrzelone ponoć osobiście przez Bernarda. W rogach ogrodu ustawiono bary serwujące gościom szlachetne alkohole. Jednakże, mimo całej gali z lekka wiało nudą, a towarzystwo zajmowało się głównie wyrażaniem wzajemnych zachwytów. Zewsząd było słychać wyświechtane komplementy, wyrazy aplauzu i gratulacje. Wprawny obserwator mógł jednak bez trudu zauważyć, że to wszystko było udawane. Rzucało się też w oczy, że ci sami faceci, którzy na bankiecie u Ewy byli wyluzowani i radośni, tutaj byli dziwnie usztywnieni, poważni i wyraźnie spięci.
Bernard stawał na głowie, by jakimś sposobem rozkręcić imprezę. Ciągle zmieniał muzykę, zachęcał do tańców. Niestety, zabawa się nie kleiła. Koleżanki Ewy szybko się znudziły i jeszcze przed zmrokiem opuściły party. Na prośbę Bernarda Krzysztof z Ewą zostali do końca.
Jak już goście się rozeszli, Bernard przyniósł Krzysztofowi drinka. Długo ważył słowa, aż w końcu zapytał:
– Chris! Wytłumacz mi proszę! Dlaczego u Ewy, gdzie nie było nic do jedzenia i zabrakło szklanek, zabawa była tak wspaniała. A u mnie – westchnął. – Sam widziałeś.
Po chwili namysłu Krzysztof odpowiedział:
– Bo tu, za żelazną kurtyną żyją zniewoleni ludzie, którzy zarabiając grosze nie szanują pracy. Ale dzięki temu nie boją się jutra. Dlatego my, choć żyjemy w niewoli jesteśmy de facto weselsi niż wy, w waszym „lepszym” świecie. Bo my, w przeciwieństwie do was na Zachodzie, możemy sobie pozwolić na bezkarną beztroskę ludzi szczęśliwych chwilą.
Popatrzył Bernardowi w oczy i spytał:
– Rozumiesz, o czym mówię?
– Chyba zaczynam rozumieć – odparł dyplomata i powiedział:
– Chciałbym, żebyśmy od dzisiaj zostali przyjaciółmi, Chris!
Wspaniałomyślność 
Służba zaczynała sprzątać po gościach. Chciałbym wam jeszcze coś zaproponować – powiedział Bernard.
Spojrzeli na niego pytającym wzrokiem, a Bernard przeszedł do rzeczy.
– Ja teraz muszę wyjechać na dwa miesiące do Brukseli. Nie chcę zwalniać służby, bo to bardzo mili i solidni ludzie, którzy mogą u mnie solidnie zarobić. Więc, jeśli nie macie nic przeciwko temu, byłbym rad, jakbyście pod moją nieobecność zamieszkali u mnie.
– Tutaj? – zdumiał się Krzysztof.
– Tak.
– Jak to?
– Zwyczajnie – odpowiedział dyplomata i ciągnął dalej:
– Niczym się nie będziecie musieli przejmować. Sprzątaczka, kucharka i ogrodnik przychodzą codziennie. Raz w tygodniu dowożą z Brukseli świeże mięso, warzywa i owoce. Macie do dyspozycji gościnne pokoje, kuchnię, salon, ogród i basen, jak będzie pogoda.
– Nie, to wykluczone! – obruszyła się Ewa.
– Nie nalegam – rozłożył ręce dyplomata. – Ale byłbym rad, jakbyście skorzystali z tego zaproszenia i dodał jeszcze zwracając się do Ewy: – W Brukseli będę rozmawiał z prawnikami o szansach odzyskania mojego Xaviera, więc przy okazji zapytam, co radzą w kwestii twojej córki.
Ewa aż podskoczyła z wrażenia, a Bernard ciągnął dalej:
– Stąd jest bezpośrednia łączność z Brukselą, więc mógłbym was informować na bieżąco, jakie są szanse na odzyskanie Marynki.
Ewa spojrzała pytająco na Krzysztofa:
– No to jak? – w jej głosie dało się wyczuć, że jest gotowa na wszystko, byle mieć informacje o dziecku.
Krzysztof, podniecony wizją zamieszkania w luksusowej willi w samym sercu Warszawy odpowiedział:
– That’s a good idea, Bernard! If you wish, we can stay here.
– Great! – ucieszył się dyplomata i klasnąwszy w dłonie kusił: – Zobaczycie, że nie będziecie się nudzić! Powiem znajomym z korpusu, by o was nie zapominali. Po tym przyjęciu u Ewy bardzo was polubili. Wpadnijcie jutro po szóstej na kawę, to was oprowadzę po domu!
 
Umęczone miasto powoli budziło się do życia. Brudnymi ulicami snuli się do pracy smutni, szaroburo odziani ludzie, słychać było szurgot ciągnionych po chodnikach kontenerów z mlekiem.
– Co on kombinuje? – zapytała Ewa.
– No wiesz! – ofuknął ją Krzysztof.
 
Eldorado 
Zgodnie z umową, nazajutrz odwiedzili Bernarda.
– Hallo! Nice to see you! How are you? – uśmiechał się szeroko gospodarz.
– Thank’s, quite well
– Odrobinę cherry? – zapytał Bernard spojrzawszy pytająco na Ewę, bowiem zdążył się zorientować, że z alkoholi najbardziej lubiła wiśniówkę.
– Tak proszę! Mały kieliszeczek! – powiedziała po polsku, a dyplomata sięgnął po karafkę ze szkarłatnym trunkiem i przeszedł do rzeczy:
– Czy jesteś rozwiedziona? – spytał i, nie czekając na odpowiedź, wyjaśnił:
– Przepraszam za niedyskrecję, ale rozmawiałem wstępnie z prawnikami i jeśli nie masz rozwodu odzyskanie Marynki będzie bardzo trudne.
Widząc, że się Ewie zbiera się na płacz dodał pośpiesznie:
– Ale nic się nie martw, nawet a takim przypadku znajdzie się jakieś rozwiązanie. Niemniej jednak, musisz uzbroić się w cierpliwość. Jak będę w Brukseli, nasi prawnicy rozeznają sprawę i z pewnością coś wymyślą. A teraz pokażę wam dom. Będziecie mieszkać w gościnnych pokojach na górze! Są tam dwie łazienki, solarium i mała salka ze sprzętem do ćwiczeń.
– Może zacznijmy od dołu – zaproponował wprowadzając gości do lśniącej czystością kuchni, przypominającej kosmiczne laboratorium. – Możecie sobie sami przyrządzać jedzenie, albo zostawić kucharce stosowne polecenie – wskazał na notes leżący na blacie.
– A teraz przejdźmy do lodówki – wtrącił Bernard ruszając ku jakimś tajemniczym drzwiom.
Lodówką okazało się pomieszczenie o kubaturze małego mieszkania. Za drzwiami było coś w rodzaju chłodnego przedsionka.
– Tutaj trzymam warzywa, owoce, soki i wino – wskazał na sięgające po sufit stelaże pełne butelek najprzedniejszych marek.
Stamtąd, przez kolejne drzwi weszli do znacznie chłodniejszego pomieszczenia, gdzie na dębowych półkach dojrzewały sery, a spod sufitu zwisały wielkie szynki w kształcie mandoliny. Nieco niżej stały rzędy słojów z oliwkami, kaparami i całe zastępy dressingów i musztard. Pachniało jak na prowansalskim targu.
Jak się okazało, były jeszcze jedne drzwi.
Otworzywszy je, Bernard rzekł z uśmiechem:
– Obiecuję, że to już ostatnie. Tutaj jest chłodnia, gdzie trzymam mięso, ryby i owoce morza przywożone, co tydzień z Brukseli, bo nasze służby ostrzegają przed polskimi produktami spożywczymi.
– O rany! – wykrzyknęła Ewa, łapiąc się za głowę.
– Nieźle się zaczyna! – zachłysnął się Krzysztof.
Gospodarz pokazał im jeszcze pralnię, prasowalnię, garaże i obejście domu.
Po powrocie do salonu Krzysztof szepnął Ewie do ucha:
– Jakoś się dziwnie czuję, u nas ludzie klepią biedę, w sklepach puste półki, raz na rok na Boże Narodzenie przypływa statek z bananami, a tu taki przepych. Nie powiem, że mnie to nie zachwyca, ale trochę mi głupio, bo nie mogę przestać myśleć, do jakiej nędzy nas doprowadziła ta przeklęta komuna.
– Ja też mam wyrzuty sumienia, Krzysiu! Ale zrozum, będę miała, co tydzień nowe informacje o Marynce!
– Nie macie się, co krępować – odezwał się Bernard, który wyczuł, o czym mówią. – Pomieszkacie sobie wygodnie, a przy okazji popilnujecie mi domu. – Acha! Jeszcze jedno! Tylko bardzo was proszę nie zapraszajcie gości, bo byłoby to źle widziane przez moją ambasadę.
Zapadła chwila ciszy, jak to zwykle bywa przed trudną decyzją.
– No to jak? – spytał retorycznie Krzysztof wiedząc, że Ewa zrobi wszystko byleby sprawę odzyskania Marynki posunąć do przodu.
– Dobrze, zamieszkamy tutaj przez te dwa miesiące. Ale zgadzam się tylko z powodu Marynki – zastrzegła.
– Great! – ucieszył się Bernard. – Za trzy dni wyjeżdżam, więc możecie się wprowadzić w piątek.
 
Dla wielu takie dwa miesiące, mogłyby być szczytem marzeń. Elegancka willa w najlepszej części stolicy i wszystko, co dusza zapragnie na wyciągnięcie ręki. I to w czasie, kiedy papier toaletowy i cukier rzucano do sklepów od wielkiego święta, a siermiężną meblościankę można było zdobyć tylko na zapisy, jeżeli się miało fart w losowaniu listy.
Niestety, tęsknota za Marynką sprawiała, iż nie potrafili się cieszyć z tego eldorado. I oszaleliby w tej złotej klatce, gdyby nie koledzy Bernarda, którzy ich zabierali na niezliczone przyjęcia, koktajle, rauty i bankiety w okazałych rezydencjach rozsianych po całej Warszawie. Z czasem poznali prawie cały korpus dyplomatyczny ówczesnej Warszawy. A że oficjalne rauty kończyły się rutynowo stosunkowo wcześnie, wyskakiwali jeszcze z koleżkami Bernarda na eskapady po mieście. Oczywiście, zawsze były zapraszane koleżanki Ewy. Najczęściej bywali w Bristolu, Kamieniołomach, Ścieku na Trębackiej, hotelu „Victoria”, Spatifie i temu podobnych miejscach, gdzie kwitło bynajmniej nie szare, nocne życie stołecznego miasta. Wszystkie drzwi stały przed nimi otworem, gdyż widok samochodów z magicznym znaczkiem CD działał jak sezamowe zaklęcie, a zwykle grubiańscy bramkarze kłaniali się w pas dewizowym gościom. Magia zielonego banknotu czyniła istne cuda. Za parę dolarów, co dla dyplomatów było groszowym wydatkiem, w zatłoczonych knajpach, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, znajdowały się najlepsze stoliki przy samym parkiecie, a wybrańcy losu bawili się szampańsko do białego rana otoczeni rojem nadskakujących kelnerów.
 
Chcąc zabić coraz bardziej nieznośną tęsknotę za dzieckiem Ewa coraz ostrzej popijała. Krzysztof zaś się pławił w próżności, gdyż, co tu ukrywać imponowały mu te wszystkie luksusowe auta, siła twardego pieniądza, blichtr dyplomatycznych salonów i sława znanego w mieście macho otoczonego pięknymi dziewczynami. Nie potrafił się oprzeć próżnej satysfakcji, że on, biedny student, wzbudza zawistne spojrzenia dętych badylarzy i ładowanych synalków kacyków z Biura Centralnego. To było jak narkotyk. I chociaż czuł, że to nie jest jego bajka, wchodził w to coraz głębiej.
 
Bernard dotrzymał słowa i dzwonił z Brukseli, co tydzień. Niestety, nie miał konkretnych wieści i tłumaczył, że jego prawnicy rozpoznają sprawę.
 
I choć żyli, jak w raju Krzysztof wyczuwał, że Ewa jest coraz bardziej nieszczęśliwa bez Marynki. Zaczynał rozumieć, że jej tęsknota za dzieckiem zaczyna brać górę nad miłością do niego. Każdego dnia życie mu pokazywało, że instynkt macierzyński jest znacznie silniejszy niż nawet najgorętsza miłość do mężczyzny. Ewa stawała się coraz smutniejsza, chłodna, małomówna, jakby nieobecna, a bywały dni, że go kompletnie nie zauważała. I choć nie miał o to żalu, sprawiało mu to coraz boleśniejszą przykrość. Bo choć również tęsknił za Marynką to jednak nie był jej rodzonym ojcem. Jego tęsknota wynikała z przywiązania, podczas gdy nostalgia Ewy była pochodną macierzyństwa, o czym do tej pory nie miał bladego pojęcia. Był zbyt młody, by zrozumieć złożoność kobiecej natury. Poczuł się odtrącony. Zaczął się coraz częściej dąsać, stroić fochy, a w ich jak dotąd sielankowe życie poczęła się wkradać nerwowość. A gdy w końcu doszło do pierwszej poważniejszej sprzeczki zrozumiał ostatecznie, że póki Ewa nie odzyska dziecka, ich miłość nie będzie już taką, jaką była przedtem.
 
Desperacja 
Nadchodziła pora powrotu Bernarda. Wylegiwali się nad basenem wystawiwszy twarze do słońca.
– Kocham cię powiedział niosąc w jednej ręce drinka, a w drugiej wydrążonego melona nadzianego plastrami łososia. 
– Rozpuszczasz mnie, Krzysiu! – starała się wymusić uśmiech na zbolałej twarzy.
– Nie marudź i korzystaj z życia! – żachnął się. – Szczególnie, że nie będzie nam teraz łatwo wrócić do rzeczywistości. Pamiętasz chyba jeszcze, jak żyją Polacy.
Zmuszając się do jedzenia, wzięła do ust oliwkę i zmieniła temat:
– Wiesz, Krzysiu, jeśli ci prawnicy nic nie poradzili muszę sama pomyśleć, jak odzyskać Marynkę.
Pociągnęła tęgi łyk.
– Uważaj z tym drinkiem, bo dziś straszny upał! – ostrzegł ją delikatnie.
Nie słuchając, co mówi pociągnęła jeszcze mocniej i zdradziła swoje myśli:
– Mam pewien plan, Krzysiu! Tylko mi nie mów, że głupi.
– Coś ty wymyśliła? – spytał zaniepokojony.
Ewa dopiła drinka i wypaliła:
– Postanowiłam, że sama pojadę do Brukseli i porwę Marynkę!
– Czyś ty oszalała?!
– Wszystko przemyślałam. Posłuchaj! I nie przerywaj! Zaraz ci wyjaśnię, tylko zrób mi jeszcze drinka.
Kiedy wrócił z napełnioną szklanką wyjawiła swój plan:
– Jeździłam z Andrzejem do Brukseli wiele razy. Dokładnie wiem, gdzie jest dom jego siostry. Wiem także, o której godzinie opiekunka odwozi jej dzieci do przedszkola. Mam zamiar wynająć w pobliżu mieszkanie i obserwować, kto i kiedy wychodzi z Marynką. O ile znam Andrzeja, będzie ją sam odwoził. Wiem, że zwykle wozi dokumenty w samochodowej skrytce. Muszę go dopaść i zabrać mu paszport. Wiem, że to nie fair, ale nie mam innego wyjścia.
– Rzeczywiście chcesz to zrobić?
– Tak! – powiedziała zdecydowanie dopijając drinka. – I nikt, ani nic mnie przed tym nie powstrzyma!
Krzysztof zdał sobie sprawę, iż jedyną szansą, żeby nie utracić Ewy jest współdziałanie ze zdesperowaną matką w akcji odzyskania dziecka.
– Masz rację kochanie! – Musisz ją odbić. Czy mogę ci jakoś pomóc?
– Tak! Bądź cierpliwy i nie próbuj mi niczego doradzać.
– Załatwione! Ale jak załatwisz paszport i wizę?
– To już sprawa Bernarda – odparowała krótko.
Zdawszy sobie sprawę, że Ewy już żadna siła nie powstrzyma zdecydował:
  –  W takim razie pojadę na kilka dni do Krakowa, bo muszę pozałatwiać sprawy na uczelni, zamówić nagrobek dla mamy i przepisać na siebie mieszkanie.
– Dobrze, Krzysiu! – mruknęła patrząc w okno, a Krzysztof zrozumiał, że nic tu po nim, bo Ewa jest już myślami w Brukseli, przy Marynce.
 
Krzysztof Pasierbiewicz
 
CDNw następny czwartek
 
Poprzednie odcinki:
Odcinek 1 - http://salonowcy.salon24.pl/652762,magia-namietnosci-odcinek-1
Odcinek 2 - http://salonowcy.salon24.pl/653924,magia-namietnosci-odcinek-2
Odcinek 3 - http://salonowcy.salon24.pl/655123,magia-namietnosci-odcinek-3
Odcinek 4 - http://salonowcy.salon24.pl/656229,magia-namietnosci-odcinek-4
Odcinek 5 - http://salonowcy.salon24.pl/657287,magia-namietnosci-odcinek-5
Odcinek 6 - http://salonowcy.salon24.pl/658332,magia-namietnosci-odcinek-6
Odcinek 7 - http://salonowcy.salon24.pl/659352,magia-namietnosci-odcinek-7
Odcinek 8 - http://salonowcy.salon24.pl/663294,magia-namietnosci-odcinek-8
Odcinek 9 - http://salonowcy.salon24.pl/664343,magia-namietnosci-odcinek-9
Odcinek 10 - http://salonowcy.salon24.pl/665542,magia-namietnosci-odcinek-10

 

Zobacz galerię zdjęć:

Ewa - z czasów "Magii namiętności"
Ewa - z czasów "Magii namiętności" Krzysztof - z czasów "Magii namiętności"
Lubię to! Skomentuj28 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale