Zanim zgodnie z obietnicą opiszę ważniejsze dokonania samorządu w mojej fabryce, chciałbym jeszcze przedstawić sylwetkę Krzysztofa, pewnego zapomnianego działacza "Solidarności" z warszawskiego "Mostostalu". Mam nadzieję, że zmobilizuję w ten sposób innych blogerów do ujawnienia znanych im zapomnianych bohaterów "S", o których od lat się już nie mówi. Przypominając ich, będziemy mieli udział w odtworzeniu mitu dziesięciomilionowej "Solidarności", która przyczyniła się do obalenia komunizmu. Oddamy w ten sposób należną cześć tym, którym starczyło odwagi i determinacji, by narażając się na dotkliwe represje, walczyć w stanie wojennym o nasze prawa i godność osobistą. Proponuję przy tym, by w pierwszej kolejności pomyśleć o byłych internowanych.
Będąc zatrudniony w „Mostostalu”, Krzysztof pracował od maja 1980 r. w Zakładach Mechanicznych „Ursus” przy sztandarowej budowie nowych hal produkcyjnych. I tam zastała go „Solidarność”. Miał wtedy 22 lata. W domu nie mówiło się o polityce i nie podtrzymywało tradycji niepodległościowych, chociaż jako kilkunastoletni chłopak pamiętał, że ojciec słuchał czasami radia „Wolna Europa”. Jego polityczna świadomość rodziła się więc w czasach „Solidarności”. Podobnie jak jego koledzy i znajomi uważnie wysłuchiwał informacji napływających w sierpniu z Gdańska i Szczecina. Należał do pierwszych, którzy wzięli się do zakładania związku w grupie pracowników „Mostostalu” zatrudnionych na budowie w „Ursusie”. Nawiązał nawet kontakt ze Zbyszkiem Bujakiem, który pomagał mu w rozwiązywaniu problemów organizacyjnych. Nic dziwnego, że został wybrany na związkowego przedstawiciela tej grupy.
Tuż po wprowadzeniu stanu wojennego, w poniedziałek, organizował referendum, które miało rozstrzygnąć o udziale załogi w strajku, ale inicjatywę tę poparło zaledwie kilkanaście osób spośród kilkudziesięciu obecnych. Było to nazajutrz po pierwszej pacyfikacji „Ursusa”. Głosowanie poprzedziły całodzienne dyskusje. Nikt tego dnia nie pracował i wszystkie maszyny były wyłączone. Okazało się, że ludzie byli zbyt przygnębieni i zastraszeni wydarzeniami w kraju, by wziąć udział w strajku. Nie doszła także do skutku, ale z innego powodu, akcja protestacyjna w siedzibie „Mostostalu” przy ul. Świętokrzyskiej, której przeprowadzenie planowano tuż przed Świętami Bożego Narodzenia. Jej głównym pomysłodawcą i orędownikiem był Wojtek, który tam pracował. Pomysł polegał na tym, aby wywiesić na zewnątrz flagi i transparenty, zabarykadować się na piętrze, które zajmował „Mostostal”, i spowodować najazd oddziałów ZOMO. Doszłoby w ten sposób do ulicznej zadymy, połączonej z widowiskowym wyprowadzaniem ludzi z budynku w centrum miasta i być może do przepychanek z ZOMO. W tym czasie w domu u Staszka, kolegi Krzysztofa, dochodziło do częstych spotkań Mostostalowców, którzy organizowali Tajną Komisję Zakładową (TKZ). Podczas jednego z takich spotkań ustalono, że w akcji protestacyjnej wezmą także udział inni pracownicy spoza centrali, w tym Krzysztof i Staszek ponieważ przewidywano, że pracownicy administracyjni zechcą opuścić budynek przed protestem. Akcja miała się zacząć z samego rana i wszystko już było przygotowane. Ale Krzysztof bez uprzedzenia kolegów z TKZ w ostatniej chwili sprowadził członka Zarządu Regionu Mazowsze, który był przeciwny takiemu pomysłowi. Uważał bowiem, że nie było sensu organizować akcji, które doprowadziłyby do wyłapania wszystkich aktywnych działaczy i ogołocenia z nich zakładów pracy. Z dużymi oporami uznano jego argumenty i akcję odwołano. Ale koledzy z TKZ przez pewien czas mieli ograniczone zaufanie do Krzysztofa w związku z odwołaniem tej akcji.
Zaczęły się trudne dni stanu wojennego. Trzeba było się przyzwyczajać do godziny policyjnej, wyłączonych telefonów, nieczynnych telewizorów i braku prasy, nie mówiąc już o permanentnych trudnościach w zaopatrzeniu. Urozmaiceniem szarzyzny stanu wojennego były spektakularne akcje przeprowadzane przez najbardziej zaangażowanych członków „Solidarności”. O takich akcjach pamiętało się i mówiło miesiącami. Wieści o nich przechodziły pocztą pantoflową z ust do ust zanim trafiły do podziemnej prasy. Od opisów takich akcji najczęściej zaczynały się wszelkie rozmowy towarzyskie. Wiele osób, które przeżyły stan wojenny, pamięta emocje, jakie towarzyszyły audycjom radia „Solidarność”, udanym akcjom ulotkowym w środku miasta, wywieszeniu dużych transparentów w trudno dostępnych miejscach, przypominających o zakazanym związku. Podtrzymywały one na duchu wszystkich, którzy poznali smak wolności w czasach „Solidarności”, i pomagały przetrwać najcięższe chwile po grudniowej nocy. Krzysztof pamięta dokładnie jedną z takich akcji, w której sam brał udział. Było to w lutym lub marcu 1982 r., gdy ludzie byli najbardziej zastraszeni, bo jeszcze żywe były wspomnienia krwawej tragedii w kopalni „Wujek”.
„Mostostal” wykańczał właśnie nową tłocznię w ZM „Ursus” oraz montował nowe linie technologiczne. Zatrudniony tam Krzysztof wraz ze swoim młodszym kolegą postanowili przypomnieć wszystkim, że „Solidarność” żyje. Pod koniec zmiany wyszukał duży kawałek blachy pomalowanej na żółto o wymiarach ok. 2,5 m na 1,5 m, w takim samym kolorze jak cała hala tłoczni. Palnikiem acetylenowym wyciął w niej kotwicę Solidarności Walczącej i wspólnie z kolegą powiesili na zewnątrz hali na wysokości prawie dziesięciu metrów nad ziemią. Była to ryzykowna operacja, bo trzeba było wdrapać się na dach hali, żeby zawiesić kotwicę wystarczająco wysoko. Ale efekt był wart zachodu. Olbrzymi arkusz przydymionej palnikiem blachy z zakazaną kotwicą wisiał co najmniej tydzień nad bramą wejściową. Pikanterii tej akcji dodał fakt, że kotwicę zauważono dopiero przy okazji jakiejś ważnej wizytacji przedstawicieli WRON w „Ursusie”. I wtedy w „Ursusie” zaczęło się prawdziwe trzęsienie ziemi połączone z trzęsieniem portek tych, których uznano za winnych niedopatrzenia. Sprawa dotarła ponoć nawet aż do Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Natychmiast zarządzono zdjęcie wywrotowego symbolu. Sprowadzono podnośnik, bo demontaż kotwicy z dachu uznano za zbyt ryzykowny. Wstrzymano nawet w pobliżu na godzinę ruch kolejowy, bo inaczej nie udałoby się wykonać tak „ważnego” zadania. Łatwo można sobie wyobrazić, ile satysfakcji mieli sympatycy „S”, świadkowie tej akcji ratunkowej.
Krzysztof nigdy nie krył się ze swoimi poglądami i dawał temu wyraz podczas publicznych wystąpień. To on nawoływał do strajku, chociaż bezskutecznie, i on komentował na gorąco wydarzenia stanu wojennego Był inicjatorem i wykonawcą akcji wywieszenia kotwicy i kolportował bibułę. Brał udział w udanych demonstracjach 1 i 3 maja 1982 r. To chyba dlatego interesowała się nim bezpieka, która internowała go już w maju 1982 r. SB uznała wtedy, że „jego pozostawanie na wolności zagrażałoby bezpieczeństwu państwa i porządkowi publicznemu przez to, że prowadzi działalność sprzeczną z obowiązującymi przepisami prawa”. Takie właśnie uzasadnienie znalazło się w decyzji o jego internowaniu. Jego los podzielili dwaj inni pracownicy „Mostostalu” – Wojciech i Stanisław, którzy również byli członkami TKZ i dali się poznać jako aktywni działacze związkowi. Była to druga fala internowań, po której podziemna „Solidarność” została znacznie osłabiona. Internowano bowiem wtedy najaktywniejszych działaczy, w tym nieformalnych liderów w zakładach pracy, którzy zagrzewali innych do oporu. I chyba dlatego w następnych latach nie udało się już przeprowadzić tak masowych demonstracji jak te z 1982 r.
Internowanie poprzedziła niespodziewana wizyta trzech esbeków w domu, skąd przewieziono go „na dołek” do Komendy MO przy ul. Opaczewskiej. Na Komendzie próbowano go zwerbować do współpracy, używając jako przynęty żony w ciąży, która oczekiwała go w domu (niech pan zobaczy jak wygląda żona). Wystarczyło podpisać zobowiązanie, żeby odzyskać wolność. Obrabiało go kilku smutasów, z których jedni grali rolę dobrych wujków, a inni złych. Podsuwano mu do podpisu gotowe zobowiązanie z ksywką „Sowa”. Byłby jeszcze jeden kapitan Sowa na tropie. Ale Krzysztof odmówił i postanowiono dać mu 48 godzin do namysłu, żeby go rozmiękczyć. Mimo że był już początek maja, zimne noce dały mu się we znaki, bo nie wziął ze sobą ciepłej odzieży ani koca. Ale nie dał się złamać, więc wylądował w Białołęce. Bezpieka nawet tam nie dawała mu wytchnienia i próbowała go nakłonić do współpracy. Pewnego razu klawisz zaprowadził go na „widzenie” z esbekiem rzekomo w sprawie wyjścia. Gdy okazało się, że esbek chciał rozmawiać nie o wyjściu lecz o współpracy, Krzysztof zrobił w tył zwrot i zostawił go samego. Po powrocie do celi spotkał się jednak z reprymendą Bogdana, który jako najstarszy z internowanych i o najdłuższym stażu cieszył się takim autorytetem, że wszyscy uznawali go za starostę. Bogdan zwrócił mu uwagę, że w internacie nie rozmawia się z SB, bo istnieje konwencja międzynarodowa zabraniająca bezpiece nachodzenia internowanych w miejscu odosobnienia. Mimo tej konwencji bezpieka zainstalowała się na terenie Białołęki w oddzielnym budynku, zwanym przez więźniów „ambasadą”. Bogdan uprzedził, że rozmowy z esbekami w internacie mogą narazić go na towarzyski ostracyzm ze strony współwięźniów. Krzysztof wyjaśnił, że o tym nie wiedział, ale zobowiązał się do przestrzegania tej zasady. Nie minął tydzień, gdy klawisz znowu wezwał go na widzenie, tym razem do pielęgniarki. Na pytanie Krzysztofa, w jakiej sprawie, klawisz zapewnił, że nic mu pielęgniarka nie mówiła. Jeszcze przed wejściem do pokoju Krzysztof zauważył, że oczekiwała go nie pielęgniarka w fartuchu, lecz ubrana w żakiet esbeczka. Pomny przestróg Bogdana, nie wchodząc nawet do środka, na głos wykrzyknął w korytarzu do klawisza: a jaka to pielęgniarka, przecież to jest baba z UB. Głośny rechot z cel internowanych i uznanie Bogdana były miłą nagrodą za zdecydowaną postawę Krzysztofa wyślizgującego się z zastawionej pułapki.
Z okresu internowania pozostały mu w pamięci zakazane oryginalne grzałki wykonane z żyletek podłączonych do przewodów, nieodzowne do zaparzenia kawy lub herbaty w warunkach więziennych. Były one wprawdzie często zabierane podczas rewizji, ale czyż można sobie wyobrazić coś równie łatwego do przemycenia do celi jak żyletka? Dla amatorów przemycano przecież nawet alkohol w małych butelkach schowanych w torebkach z cukrem. Zapamiętał też tragiczną śmierć Urbana w jednej z cel w Białołęce. Los taki nie spotkał jednak rzecznika prasowego rządu. Nazwano tak szczura, który żywił się więziennymi odpadkami. Wielu więźniów przyzwyczaiło się do Urbana, ale w końcu ktoś nie wytrzymał i pozbawił go życia.
Bardzo szybko z pomocą rodzinie Krzysztofa pośpieszył Kościół. Pomyślano o prowiancie, który w tamtych czasach miał ogromne znaczenie. Świadomość, że jego rodzina znalazła się pod opieką podbudowywała psychicznie Krzysztofa i pomagała mu wytrwać w internacie. Ale Kościół zadbał także o niego i podjął starania o wcześniejsze uwolnienie z powodu złego stanu zdrowia. Krzysztof miał dużego naczyniaka na twarzy wokół oka, który groził w każdej chwili krwotokiem, nawet bez mechanicznych urazów. Dzięki temu starania Kościoła o jego uwolnienie zakończyły się sukcesem i Krzysztof odzyskał wolność już po niecałych dwóch miesiącach. Na odchodnym wręczono mu wezwanie na Komendę MO przy ul. Okrzei, gdzie miał się zameldować kilka dni po wyjściu z Białołęki. Prawnik udzielający pomocy internowanym przy kościele św. Anny poradził mu, że powinien się zgłosić na to wezwanie. Okazało się, że smutasy miały w głowie cały czas werbunek, ale tym razem posunęli się do zawoalowanej groźby. Jeden z nich zwrócił mu uwagę, żeby uważał na słowa, bo rozmowa prowadzona jest na dużej wysokości. Obrabiało go pięciu esbeków. Cały czas na przemian wchodzili i wychodzili z pokoju, starając się wprowadzić go w stan niepokoju. Doskonale wiedzieli, że nie chciałby szybko wrócić za kraty i starali się to wykorzystać, ale Krzysztof był już zahartowany w internacie i uodporniony na rutynowe chwyty esbeków.
Cdn.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)