Po opuszczeniu internatu w Białołęce Krzysztof wrócił do pracy w „Mostostalu”, ale oderwano go od jego grupy związkowej w „Ursusie” i skierowano na budowę Centrum Onkologii, gdzie pracowało znacznie mniej ludzi, i wydawało się, że jego obecność nie zagrażała w zbyt dużym stopniu bezpieczeństwu państwa. Ale i tam nie sprostał oczekiwaniom władzy, bo nie chciał podać ręki generałowi Jaruzelskiemu, mimo że on wyciągnął ją pierwszy. A było to tak. Jesienią bodaj 1983 r., kiedy Jaruzelski usiłował zmienić swój wizerunek z krwawego satrapy na zbawcę narodu i dobrego wujka, rozeszła się pogłoska, że budowę wizytuje generał z całą świtą. Nikt jednak nie przypuszczał, że wpadnie mu do głowy, by odwiedzić robotników przebywających na zapleczu w prymitywnych warunkach, w śmierdzących barakowozach, które od niepamiętnych czasów nie widziały miotły, udekorowanych głównie pustymi butelkami po piwie „Jasnym Warszawskim”. Akurat była przerwa śniadaniowa, gdy ktoś krzyknął: „idą”. Robotnicy jedli właśnie śniadanie, gdy świta zatrzymała się przed ich barakiem. Najpierw pojawiły się kamera i światło, a zaraz za nimi jako pierwszy Jaruzelski. Wszedł do baraku ze słowami „dzień dobry towarzyszom, co słychać” i z wyciągniętą ręką na powitanie. Akurat pierwszy przed nim stał Krzysztof, który wcale nie miał zamiaru podawać mu ręki. Dał więc nura pod wyciągniętą ręką generała, który usiłował go przytrzymać za ramię, nie zdając sobie sprawy, co się dzieje. Wyrwał się jednak Jaruzelskiemu i poszedł do innego baraku. Jak skromnie mówi, zabrakło mu odwagi, by generałowi wprost powiedzieć, dlaczego nie chce podać mu ręki. Ale i tak jego gest odmowy został zauważony i nazajutrz wybuchła w związku z tym wielka afera. Całe zdarzenie usiłowano tłumaczyć jego rzekomą nietrzeźwością, ale taka wersja była nie do utrzymania, bo zbyt wielu pracowników wiedziało, że Krzysztof nie pije od kilku lat. Niemal wszyscy wiedzieli, że na początku stanu wojennego ślubował wytrwanie w trzeźwości, przyłączając się do akcji popartej przez Kościół. W Komitecie Prymasowskim proszono go nawet o złożenie dokładnej relacji z zajścia, na wypadek, gdyby próbowano wyciągnąć wobec niego jakieś konsekwencje. Ale żadnych konsekwencji nie było i sprawa po pewnym czasie przyschła. Mimo pokrętnych prób zdezawuowania gestu Krzysztofa, prawdziwa przyczyna odmowy podania ręki generałowi była w przedsiębiorstwie znana. Świadczą o tym słowa dyrektora „Mostostalu”, jakie wypowiedział przed wyborem przewodniczącego działającej w jego przedsiębiorstwie rady pracowniczej, do której m.in. został wybrany Krzysztof. Wybierając przewodniczącego – sugerował – weźcie panowie pod uwagę, że jako dyrektor będę musiał z nim jeździć do różnych instytucji, gdzie trzeba będzie czasami przy powitaniu podać rękę ludziom reprezentującym władze.
Na budowie Centrum Onkologii Krzysztof dotrwał do końca 1984 r., a później jeszcze przez rok ocieplał bloki na Gocławku. Przez cały czas działał w TKZ i miał kontakty w podziemiu. Cieszył się dużym zaufaniem kolegów, bo stale kolportował bibułę i dorywczo pomagał w druku wydawnictw podziemnych, więc zaproponowano mu pracę w drukarni „Nowej”. Miał obsługiwać maszynę offsetową, która wymagała współdziałania dwóch osób. Ze względu na organizację pracy wymagała ona jednak nieograniczonej dyspozycyjności i nie dawało się jej pogodzić z pracą w „Mostostalu”. Drukarze wyjeżdżali bowiem do „dziupli”, najczęściej poza Warszawę, gdzie pracowali nieprzerwanie dwa, trzy, a nawet pięć dni. Drukowali kilka tysięcy „Tygodnika Mazowsze” lub książek na zlecenie „Nowej”, a potem mieli przerwę nawet do dwóch tygodni. Zdecydował się więc odejść z „Mostostalu” i zostać drukarzem. Ale nie mógł sobie poradzić z pewnym dylematem moralnym. Dotychczas pracował bowiem w podziemiu wyłącznie dla idei. A tym razem miał otrzymywać regularne wynagrodzenie od „Nowej”. Nie trafiał mu do przekonania argument, że skoro zrezygnował z pracy, to musiał mieć zapewnione jakieś środki na utrzymanie rodziny. Rezygnacja z pracy w „Mostostalu” tak zainteresowała SB, że wezwano go na rozmowę. Pytano go o przyczyny i plany, nie kryjąc zadowolenia, że ubędzie im groźny przeciwnik. Zapewnił ich, że zamierza się wziąć za zarabianie pieniędzy i właśnie zakłada własną firmę usługową, która ma się zająć sprzątaniem. Jak się okazało, była to jego ostania rozmowa z bezpieką. W celu stworzenia przykrywki dla nielegalnej działalności w drukarni założył rzeczywiście firmę usługową, ale jej nie uruchomił.
Raz tylko jeszcze miał ogon, bodaj w 1985 r., gdy utrzymywał się już z pracy w drukarni, ale udało mu się go pozbyć. A było to tak. W okolicach kina „Kadr” na Służewcu wychodził z domu od Staszka, z którym drukował na zmianę, gdy wyczuł, że ktoś go obserwuje. Zorientował się zupełnie intuicyjnie. Gdy oczekiwał na przystanku autobusowym, wydał mu się podejrzany człowiek, który go obserwował, więc postanowił go sprawdzić. Poszedł za róg budynku i patrzył na jakąś wystawę sklepową, obserwując kątem oka, czy ów człowiek za nim nie pójdzie. Po chwili się zjawił. I oczywiście też z wielką uwagą obserwował jakąś wystawę obok. Powtórzył manewr z oglądaniem wystawy. I po raz drugi z takim samym skutkiem. Pojechał więc autobusem w kierunku domu i wysiadł kilka przystanków wcześniej, żeby ostatecznie upewnić się, czy aby się nie pomylił. Obserwujący go człowiek także wysiadł, ale po chwili wsiadł z powrotem, podobnie jak Krzysztof. Teraz już nie miał wątpliwości i postanowił go zgubić. Wysiadł więc pod własnym domem, ale poszedł nie na ulicę, gdzie mieszkał, lecz skręcił w lewo. Wiedział, że są tam wysokie wieżowce z przejściami między klatkami na dziesiątym piętrze i tam chciał się pozbyć ewidentnego ogona. Gdy wysiadł, zorientował się, że ma aż dwóch opiekunów, więc pędem rzucił się do wieżowców, wskoczył do stojącej akurat windy i ruszył na dziewiąte piętro, skąd należało przejść piętro wyżej, żeby dojść na inną klatkę. Gdy był już na górze, dojrzał jeszcze dwóch szpicli przez okno na dziewiątym piętrze, więc po przebiegnięciu dwóch klatek na górze, nie czekając na windę, zbiegł po schodach i szybko opuścił budynek. Okazało się, że manewr się powiódł i udało mu się uciec. Gdy zadzwonił do Wojtka, z którym także pracował w drukarni, by powiadomić go, że był śledzony, dowiedział się, że tego samego dnia aresztowano Staszka w drukarni w Piasecznie.
Staszek siedział dziesięć miesięcy w więzieniu bez wyroku, zanim sąd umorzył jego sprawę i wypuścił na wolność. Bronił go mecenas Jan Olszewski. Olszewski tak go bronił, że esbecy wychodzili na kompletnych idiotów. Wszyscy w sądzie pękali ze śmiechu, gdy mecenas punktował ich i zbijał argument za argumentem. Olszewski w sposób niesłychanie logiczny podważał każdy prokuratorski zarzut. To było zupełnie niesamowite. Staszek oczywiście działał w podziemiu i jasne było, że esbecy coś na niego mają, ale Olszewski potrafił wykazać, że nawet w świetle prawa stanu wojennego był niewinny. I sąd musiał umorzyć postępowanie, bo nie znalazł podstaw do nałożenia kary wobec tak oczywistej niewinności, jaką potrafił wykreować mecenas.
Krzysztofowi zdarzało się drukować w niezwykłych okolicznościach. Często ludzie po prostu bali się udostępniać mieszkanie w celu drukowania nielegalnych wydawnictw. Bardzo trudno było znaleźć lokal, do którego można byłoby wstawić maszynę i wprowadzić dwóch obcych ludzi drukujących bibułę dniami i nocami. Dlatego zdarzało się mu drukować bez wiedzy i zgody właściciela. Tak było w jednym z mieszkań na Stegnach, należącym do rodziny Wojtka, gdzie drukowano trzy miesiące w najgłębszej tajemnicy przed właścicielem, dopóki ich nie wyrzucił. Innym znów razem drukowali ok. trzy miesiące w pomieszczeniach piwnicznych w Milanówku za zgodą właściciela budynku. Była to bardzo dobra lokalizacja, ale okazało się, że nie wszystkim członkom rodziny podobała się taka działalność i musieli się stamtąd także wynieść. Najgorzej wspominają lokalizację w Raszynie, w pobliżu radiostacji. Drukowali tam za zgodą jednego z dwóch współwłaścicieli w skrajnie prymitywnych warunkach, w wolno stojącym nieogrzewanym budynku, pozbawionym wszelkich wygód, położonym kilkaset metrów za wsią. Wobec braku toalety, w celu zachowania pełnej dyskrecji, załatwiano się na papierku, wynosząc „urobek” po skończonej pracy. Gdy już kończyli cykl i zwijali interes, niespodziewanie rozległ się głośny łomot do drzwi połączony z hałaśliwymi okrzykami.. Spłoszeni drukarze nie wiedzieli, czy otwierać, czy się podetrzeć, czy może uciekać. W końcu okazało się, że dobijał się drugi ze współwłaścicieli, który nie chciał u siebie drukarni i natychmiast, jeszcze tego samego dnia, kazał się wynosić. Ale nie zawsze drukowano w tak ekstremalnie trudnych warunkach. Krzysztofowi zdarzyło się nawet kiedyś drukować w warunkach wręcz komfortowych na działce u byłej kapitan MO, , która w czasach „Solidarności” zakładała w milicji niezależne związki zawodowe. W stanie wojennym za karę zawieszono ją w obowiązkach, a następnie skierowano na wcześniejszą emeryturę. Dzielna pani kapitan nie tylko użyczyła lokum na drukarnię, ale także pitrasiła Krzysztofowi jedzenie przez cały czas, gdy przyjeżdżał do niej drukować. Krzysztof przeżył raz także chwilę grozy, gdy był krok od aresztowania podczas przewożenia na Pragę dopiero co wydrukowanych kilku tysięcy egzemplarzy „Tygodnika Mazowsze”. Było to tuż przed Świętami Bożego Narodzenia, bodaj w 1985 r. Jechał wtedy z Wojtkiem, który załadował do swojej „Warszawy” cały wydrukowany nakład, a na wierzchu położył jakieś ciuszki dziecięce uszyte przez jego żonę w ramach prowadzonej działalności gospodarczej. Akurat dojeżdżali do pontonowego mostu „Syreny” na Wiśle, gdy zatrzymał ich patrol MO w celu przeprowadzenia rutynowej kontroli. Krzysztof już się szykował do ucieczki, bo uznał, że nie ma sensu dać się aresztować, a ponadto był pewien, że Wojtek go nie wyda. Wybrał już sobie nawet trasę ucieczki, gdy nagle uśmiechnięty, w świątecznym nastroju milicjant, zamiast przeprowadzić rewizję, zapytał: a co wy tam wieziecie, panowie? A wtedy Wojtek z uśmiechem na twarzy i na dużym luzie, nonszalancko odpowiedział: „Widzi pan przecież, ciuszki wieziemy, teraz przed świętami ludzie kupują takie rzeczy”. I niczego nie podejrzewający milicjant ich przepuścił.
Krzysztof drukował prawie cały czas z Wojtkiem, który pełnił także funkcje organizatora pod nieobecność Staszka „odpoczywającego” w więzieniu. To głównie Wojtek zabiegał o papier i transport, o lokale, o części do offsetu i on utrzymywał kontakty z „Nową”, od której dostali maszynę. Jednym z największych problemów, z jakim się borykali, były zniechęcające do pracy częste awarie maszyny offsetowej i brak części do niej. Krzysztof zajmował się niemal wyłącznie drukowaniem, chociaż czasami wspomagał Wojtka w sprawach organizacyjnych. Rynek wydawnictw podziemnych po kilku latach funkcjonowania tak się rozwinął, że zaczął przynosić dość duże dochody. Coraz więcej osób czytało, kupowało książki bezdebitowe i pytało o następne. Ludzie zajmujący się organizacją produkcji wydawnictw niezależnych mieli dojście nie tylko do coraz to większych środków uzyskanych ze sprzedaży tych wydawnictw, ale także do pomocy napływającej szerokim strumieniem z zagranicy. Zaczęły więc powstawać fortuny z pieniędzy przeznaczonych na szczytne cele. Był to proces, który być może zapoczątkował dezintegrację środowiska, działającego jeszcze niedawno z ideowych pobudek. Zaczęli więc pracować na własny rachunek, ale trwało to tylko kilka miesięcy, bo zaczął ich prześladować pech i doszło do wpadki.
Po tej wpadce i utracie maszyny skończyła się praca w drukarni. Małą pociechą była wieść, że esbecy nie mieli żadnego pożytku ze skonfiskowanej maszyny offsetowej, bo wypadła im ona z rąk w Pałacu Mostowskim podczas przenoszenia i rozleciała się w drobne kawałki. Krzysztof zmuszony był wtedy uruchomić swoją uśpioną firmę usługową i zająć się sprzątaniem powierzchni biurowych, bo został bez środków do życia. Miał nawet dosyć poważnych kontrahentów, bo otrzymywał zlecenia m.in. z RSW „Prasa, Książka, Ruch” i z „Ciechu”. Firmę prowadził wraz ze wspólnikiem i początkowo szło im bardzo dobrze. W apogeum powodzenia ich firma zatrudniała nawet ok. 40 osób. Prowadzenie firmy sprzątającej nie nastręczało zbyt wielu trudności i kierować nią mogła jedna osoba. Dlatego Krzysztof zostawił firmę wspólnikowi, a sam wyjechał w celach zarobkowych do USA. Jako byłemu działaczowi podziemnej „Solidarności”, w dodatku internowanemu w stanie wojennym, zdobycie wizy przyszło bardzo łatwo. W USA pracował osiem miesięcy jako robotnik budowlany, a potem wrócił do Polski. Podczas jego nieobecności firmą sprzątającą zarządzał jego wspólnik. Wspólnik potrafił zadbać o dochody firmy, ale popełnił fatalny błąd, rezygnując ze świadczenia usług dla mniejszych firm i ograniczając się do realizacji zleceń tylko jednej firmy – „Ciechu”, z którym współpraca układała się wyśmienicie. W ten sposób naruszył obowiązującą w biznesie zasadę unikania noszenia wszystkich jajek w jednym koszyku. Niespodziewanie bowiem pod koniec 1991 r. dowiedzieli się, że „Ciech” ma ogłosić konkurs dla firm sprzątających. Zapewniono ich jednak, że na pewno oni zostaną wybrani. Ale wybrani zostali konkurenci, a firma Krzysztofa z dnia na dzień została bez zleceń, bo wspólnik zerwał współpracę ze wszystkimi innymi kontrahentami. Wszystkie jajka się stłukły. I znowu musiał rozejrzeć się za jakąś pracą, o którą było coraz trudniej.
Krzysztof zdążył się już przyzwyczaić w ciągu kilku lat do pracy w charakterze wolnego strzelca i nie chciał wracać do pracy najemnej. Dlatego postanowił spróbować szczęścia na Stadionie Dziesięciolecia, który był wtedy bardzo modny. Zaczął od sprzedaży konfekcji dziecięcej i ciuszków rozłożonych na łóżku polowym. Po pewnym czasie dołączył do niego kolega, Zdzisław, inżynier, który rzucił pracę w jakimś państwowym zakładzie przemysłowym z powodu zbyt niskich zarobków. Powoli interes się rozkręcał i wkrótce przekonali się, że z takiego handlu można się utrzymać. Niedługo potem jego kolega dowiedział się, że na Pradze ma powstać giełda spożywcza. Aby uruchomić interes, należało zbudować pawilon, bo nie dopuszczało się tam do sprzedaży z samochodów. Krzysztof wraz z bratem i wspólnikiem wybudowali pawilon o powierzchni ok. 300 m2, w którym już w kwietniu 1992 r. uruchomili sprzedaż warzyw i owoców. Sprzedaż szła tak dobrze, że już po upływie połowy roku udało mu się spłacić długi. Interes szedł świetnie przez trzy lata, ale później, w miarę jak przybywało hurtowni, zaczął podupadać i widać było, że trzeba rozejrzeć się za innym zajęciem.
Ostatecznie w 1997 r. Krzysztof zakończył pracę w hurtowni warzyw i owoców, bo nie mógł się już z niej utrzymać. Wspólnicy rozliczyli się z nim, wypłacając jakieś niewielkie pieniądze, które wystarczyły na dwumiesięczne utrzymanie. Przez miesiąc rozglądał się za pracą, roznosząc swoje cv, gdzie tylko się dało. Wreszcie pomogli mu jego dawny kolega z podziemia Staszek i jego żona, którzy dorobili się własnej stacji benzynowej i potrzebowali kogoś do pilnowania interesu. Zniechęcony kilkoma niepowodzeniami w prowadzeniu biznesu na własny rachunek, Krzysztof tym razem nie wzbraniał się już przed wykonywaniem pracy najemnej. Początkowo pracował u kolegi na pół etatu, zajmując się inwentaryzacją i doprowadzając do znacznego zmniejszenia strat wynikających z częstych kradzieży. Później jako zaufany człowiek zajął się dodatkowo prowadzeniem kasy i pracował tam do września 1999 r. Od października 1999 r. pracuje w pionie technicznym jednego z warszawskich ośrodków rekreacyjnych.


Komentarze
Pokaż komentarze (12)