Statki polskich armatorów pływają pod obcymi banderami. Można wzruszyć ramionami i powiedzieć: tak działa wolny rynek. Ale można też zadać sobie pytanie, dlaczego w tym rynku Polska właściwie nie istnieje.
Moja rozmowa z red. A. Ołdakiem, opublikowana na portalu WNP.pl była próbą uchwycenia tego problemu. Nie w sensie symbolicznym, lecz bardzo konkretnym. Bo bandera to nie tylko kolor na rufie, ale to również decyzja o tym, gdzie budowana jest wartość, gdzie trafiają podatki i pod jurysdykcję jakiego państwa ten statek podlega. Jeśli armator wybiera jurysdykcję innego państwa, to nie dlatego, że zapomniał o kraju pochodzenia, tylko dlatego, że gdzie indziej po prostu bardziej się opłaca.
To zdanie brzmi banalnie, ale jego konsekwencje banalne nie są. Państwo, które nie ma własnej floty handlowej, oddaje nie tylko dochody, lecz także wpływ na procesy, od których samo zależy. W ostatnich latach szczególnie wyraźnie widać to w obszarze bezpieczeństwa energetycznego. Surowce przypływają do Polski statkami, nad którymi Polska ma tylko kontrolę handlową. W sytuacji stabilnej to nie problem. W sytuacji napięcia – to ryzyko. I to ryzyko nie jest teoretyczne.
Można oczywiście powiedzieć, że świat tak działa, że globalizacja, że efektywność. To wszystko prawda. Tyle tylko, że inne państwa jakoś potrafią w tym świecie zachować swoje miejsce. Nie dlatego, że są większe albo bogatsze, ale dlatego, że potrafią dbać o swoje interesy i stworzyły warunki, w których opłaca się pod ich banderą pływać. Polska takich warunków nie stworzyła. I to jest sedno sprawy.
W debacie publicznej często pojawia się argument o braku pieniędzy. Że nie ma środków na odbudowę floty, że to kosztowny projekt. Problem w tym, że w gospodarce wolnorynkowej, floty nie buduje się z budżetu. Floty budują armatorzy. Państwo buduje coś innego – ramy, w których ta działalność ma sens. Jeśli te ramy są źle zaprojektowane, kapitał wybiera inne miejsce. Nie z przekory, tylko z rachunku ekonomicznego.
W tym sensie brak polskiej bandery nie jest efektem jednej decyzji ani jednego błędu. To wynik wieloletniego braku spójnej koncepcji polityki morskiej. Braku odpowiedzi na podstawowe pytanie: co właściwie Polska oferuje armatorom, którzy chcieliby działać pod jej jurysdykcją. Bo jeśli odpowiedź brzmi „mniej niż inni”, to trudno oczekiwać innego rezultatu.
A przecież sprawa nie dotyczy wyłącznie gospodarki. Ma także wymiar polityczny i – co może zaskakiwać – społeczny. Badania pokazują, że większość Polaków chce odbudowy floty handlowej. To rzadki przypadek, gdy intuicja społeczna wyprzedza praktykę państwa.
Wywiad dla WNP.pl był więc w istocie rozmową o czymś więcej niż tylko o statkach. Był rozmową o zdolności państwa do działania w obszarze, który nie jest ani spektakularny, ani medialny, ale ma znaczenie fundamentalne. Bo w świecie, w którym łańcuchy dostaw, energia i handel zależą od transportu morskiego, brak własnej floty nie jest neutralny. Jest wyborem. Nawet jeśli nikt tego wprost tak nie nazwał
I być może właśnie to jest najbardziej uderzające. Nie to, że statki pływają pod obcą banderą, lecz to, że przez lata uznawaliśmy to za coś oczywistego. Jakby tak po prostu musiało być. A przecież nie musi.
Link do wywiadu na portalu WNP: https://www.wnp.pl/logistyka/nie-ma-floty-w-bialo-czerwonych-barwach-nawet-lech-kaczynski-plywa-pod-obca-bandera,1056779.html



Komentarze
Pokaż komentarze (1)