Bez autobusu nie ma fabryki. Problem "ostatniej mili"

Redakcja Redakcja Transport Obserwuj temat Obserwuj notkę 1
Polska przyciąga inwestorów jak magnes. Nowe fabryki, centra logistyczne, hale produkcyjne rosną jak grzyby po deszczu. Ale jest pewien haczyk, o którym rzadko się mówi. „Ostatnia mila", czyli jak pracownicy mają dojechać do pracy. Bo można mieć najnowocześniejszą halę w Europie, ale jeśli autobus nie dowiezie pracowników na szóstą rano, linia produkcyjna stanie.

Bo można mieć najnowocześniejszą halę w Europie, ale jeśli pracownicy nie mają jak do niej dojechać na szóstą rano, to linia produkcyjna stanie.

"Ostatnia mila" 

Kiedy międzynarodowy koncern wybiera miejsce na nową fabrykę, analizuje wszystko: drogi, autostrady, odległość od portów. Logistyka towarów jest dopięta na ostatni guzik. Problem w tym, że o logistyce ludzi myśli się później. Czasem dużo później.

– W wielu projektach problem nie polega na tym, że inwestorzy nie widzą znaczenia transportu pracowników, ale na tym, że kwestia „ostatniej mili" pojawia się zbyt późno. O lokalizacji decyduje logistyka towarów, a kwestie zatrudnienia pojawiają się dopiero po decyzji inwestycyjnej – mówi Paweł Czastor, wiceprezes TIAS Career.


Przy bezrobociu na historycznie niskim poziomie to nie jest akademicka dyskusja. To realne ryzyko, że fabryka nie ruszy z pełną mocą, bo zwyczajnie zabraknie rąk do pracy.

Co piąty Polak odmówi pracy bez dowozu

Badania są bezlitosne. Według „Monitora Rynku Pracy" dwadzieścia procent ludzi w ogóle nie weźmie roboty, jeśli pracodawca nie pomoże im dojechać. Kolejne czterdzieści procent traktuje transport firmowy jako poważny argument przy wyborze między ofertami.

Polacy wydają na dojazdy średnio 137 złotych miesięcznie. Niby niewiele, ale przy obecnych cenach paliwa i rosnących kosztach życia liczy się wszystko. Ponad połowa pracowników deklaruje, że zmieni pracę, jeśli warunki dojazdu się pogorszą.

A benefity mobilnościowe? Oferuje je tylko jedna firma na dziesięć. Przepaść między oczekiwaniami a rzeczywistością jest ogromna.

Dolny Śląsk pokazuje, jak to działa

Region uchodzi za wzór dobrej infrastruktury. Autostrady, drogi ekspresowe, połączenia kolejowe, wszystko jest. A mimo to „ostatnia mila" pozostaje wyzwaniem. Bo fabryki i magazyny stoją tam, gdzie grunt był tańszy, czyli z dala od miast i przystanków.

Polbus-PKS, jeden z największych przewoźników na Dolnym Śląsku, realizuje codziennie osiemdziesiąt kursów dla pracowników fabryk. 

– Transport pracowniczy coraz częściej staje się elementem strategii rekrutacyjnej, a nie wyłącznie logistycznym dodatkiem. Dzięki dobrze zaplanowanemu dowozowi firmy sięgają po talenty z miejscowości oddalonych nawet o 80–100 km – podkreśla Jerzy Michalak, prezes Polbus-PKS.


Inwestorzy przychodzą z konkretnymi pytaniami jeszcze przed pierwszą rekrutacją.

– Inwestorzy coraz rzadziej pytają ogólnie o „dostępność transportu". Interesuje ich konkret: czy jesteśmy w stanie uruchomić przewozy 24/7, przez cały rok. Chcą wiedzieć, ilu pracowników możemy dowieźć na konkretną zmianę i z jakiej odległości – dodaje Michalak.

Transport pracowniczy przestał być benefitem. Stał się infrastrukturą krytyczną, tak samo ważną jak prąd czy woda w kranach. Firmy, które to zrozumiały wcześniej, mają dziś przewagę. Pozostałe będą się uczyć na własnych błędach.

red.

Udostępnij Udostępnij Lubię to! Skomentuj1 Obserwuj notkę

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Gospodarka