„Jeszcze nie wiemy wszystkiego o aferze hazardowej, bo jeszcze nie było przesłuchania posłanki Beaty Kempy” - to żartobliwe stwierdzenie Macieja Gduli w radio tok.fm wywołało dzisiaj wesoły aplauz wśród komentatorów i stanowi odzwierciedlenie powszechnego stanu umysłów po ostatnich wyczynach partyjnych kamratów Donalda Tuska w komisji hazardowej.
Zapanowała wesołość, ludzie ironizują, śmieją się, co świadczy jak bardzo prymitywna i przejrzysta jest gra Platformy na uniemożliwienie dalszej działalności komisji, a zwłaszcza przesłuchania premiera. Z tym, że ja w przeciwieństwie do Gduli nie mam wrażenia, że Platforma dopiero teraz strzela sobie w stopę takim postępowaniem.
Moim zdaniem to premier Tusk osobiście strzelił sobie w stopę i to nie teraz, ale w sierpniu tego roku, gdy pięć dni po wizycie szefa CBA w swojej kancelarii, rozmawiał z ministrem Drzewieckim, „prosząc o wyjaśnienie zmiany jego stanowiska w sprawie dopłat w trakcie pracy nad ustawą”. Zaś tydzień później Tusk spotyka się ze Zbigniewem Chlebowskim i „prosi o informację na temat jego zaangażowania w proces prac nad zmianami w ustawie”, a w tym ostatnim spotkaniu uczestniczył także znany skądinąd Grzesiek, czyli wicepremier Grzegorz Schetyna.
Tak przynajmniej wynika z kalendarium prac premiera i tego się podważyć nie da - Donald Tusk tuż po ostrzeżeniu go przez Mariusza Kamińskiego o machinacjach ludzi z PO wokół ustawy o grach losowych, przeprowadził rozmowy właśnie z nimi(!), na temat ich(!) zaangażowania w prace nad ustawą. I to pomimo posiadania pełnej wiedzy, że są podejrzani o nielegalny lobbing. Premier faktycznie ostrzegł ich o grożącym niebezpieczeństwie i czy zrobił to bezwiednie, czy celowo, nie zmienia postaci rzeczy – w każdym z tych przypadków jego postępowanie dyskwalifikuje go jako urzędnika państwowego, że nie wspomnę o kwalifikacjach moralnych lub intelektualnych.
To jest otwarta rana postrzałowa Donalda Tuska, a co za tym idzie, całej Platformy Obywatelskiej. Przykrycie tej rany warte jest dla nich nawet kompromitacji z komisją śledczą, warte jest ośmieszenia się wobec opinii publicznej, wreszcie warte jest znaczącego spadku w sondażach – alternatywą bowiem jest zmarginalizowanie tej formacji na wzór SLD. Wszystko, co dzieje się dzisiaj w komisji śledczej jest konsekwencją tamtych sierpniowych zachowań premiera Donalda Tuska.
W żadnym wypadku nie jestem w stanie uwierzyć, że to wpływ Schetyny powoduje kompromitujące zachowania posłów PO w komisji hazardowej, że to byłemu szefowi MSW zależy, żeby zdeprecjonować samego premiera, blokując mu drogę do prezydentury. Jest wręcz przeciwnie, to Schetyna ma osobisty interes w tym, żeby Tusk poszedł sobie wreszcie do pałacu prezydenckiego i nie zawracał mu głowy w partii.
Natomiast jest całkiem możliwe, że premier działając na spółkę z byłym wicepremierem oraz wykorzystując stereotypową opinię o dzielącym ich rzekomo konflikcie, grają rolę złego i dobrego policjanta. Tusk daje do zrozumienia, że komisja postępuje niewłaściwie i mruga do publiczności, że on nie ma wpływu, bo to zły Schetyna tam rządzi. Ten ostatni zaś bierze na siebie odium czarnego charakteru, pozwalając uniknąć kompromitacji Tuskowi i prolongując w ten sposób jego szanse prezydenckie. Znając marketingowe umiejętności tej ekipy, taki scenariusz nie jest wcale zbyt wyrafinowany na ich możliwości.
Pewne jest, że premier pragnie uniknąć stawania przed komisją i konfrontacji z szefem CBA, a może i nie tylko z nim. Proszę zauważyć, że Donald Tusk kilka razy powtórzył, iż jest gotowy zeznawać przed komisją, ale za każdym razem zaznaczał, że stawi się na jej WEZWANIE. Czy po ostatnich wydarzeniach ktoś będzie zaskoczony, gdy rządząca w niej koalicyjna większość dojdzie do wniosku, że przesłuchanie premiera nie jest konieczne ? A wówczas Donald Tusk rozłoży ręce i z zażenowanym uśmiechem powie: nie będę się przecież pchał tam, gdzie mnie nie chcą !
W sytuacji posiadania przez Platformę tak koszmarnego trupa w szafie jak przeciek od premiera, każda negatywna ewentualność co do losów tej komisji gra na korzyść Donalda Tuska - czy komisja ulegnie rozwiązaniu albo samolikwidacji, czy się kompletnie ośmieszy i skompromituje, zawsze będzie to na konto tych paru partyjnych funkcjonariuszy wysłanych przez premiera do parlamentu właśnie w tym celu.
Druga strona tego medalu jest taka natomiast, że nic nie może Tuskowi zaszkodzić bardziej niż publiczne roztrząsanie jego postawy z sierpnia tego roku, gdy mówiąc kolokwialnie, dał cynk swoim najbliższym współpracownikom, że są namierzani przez służby antykorupcyjne. Dlatego PiS powinien za wszelką cenę dążyć do podtrzymania egzystencji tej komisji i nie dać się ponieść emocjom lub obrażonej dumie.
Tytuł postu jest oczywiście trawestacją znanej frazy Jerzego Waldorffa o Stefanie Kisielewskim - „ Kisiel brzmi jak Wawel. I tak samo z kamienia”. Przerobiłem to zdanie na taką właśnie modłę, bo naprawdę uważam, że Tusk to polityk z papieru. Poza zręcznością nabytą w grach o władzę oraz nadzwyczajnymi umiejętnościami aktorsko-medialnymi nie ma w nim nic naprawdę ważnego i merytorycznego .
Nigdy nie wzniósł się ponad swoje środowisko, nie zechciał odrzucić własnych małości i na dobrą sprawę nie uwolnił się od presji stada. Gdyby ścisnąć w garści jego długoletni przecież żywot w polityce, to wypłynie dużo wody i zostanie garstka mokrego papieru.
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,7117258,Kalendarium_CBA_ws__afery_hazardowej.html
http://bi.gazeta.pl/im/3/7403/m7403903.mp3
Inne tematy w dziale Polityka