Paradoksalnie, może być tak, że prawu i sprawiedliwości stanie się zadość, a Platforma Obywatelska zostanie pokarana za przyczyną wrażeń i opinii, a nie faktów czy dowodów. Komisja hazardowa jest na wskroś polityczna i podobnie jak w czystej polityce werdykt wyda opinia publiczna, a ta opiera się na wrażeniach, emocjach i poczuciu wiarygodności lub niewiarygodności.
Przykład z dnia dzisiejszego: - Premier zapewnił Mariusza Kamińskiego, że obejmie osobistym nadzorem prace nad ustawą i prosił o przekazywanie informacji - zapewnił przed komisją śledczą sekretarz Kolegium ds. Służb Specjalnych Jacek Cichocki. Czy nie narzuca się wrażenie, że premier w ten sposób objął nadzorem swoich własnych współpracowników i aż do ujawnienia afery przez Kamińskiego, czyli przez półtora miesiąca, pilnował ich, żeby nie mieli wpływu na ustawę ? Dlaczego ich nie zdymisjonował choćby wtedy, gdy było już wiadomo o przecieku z kancelarii?
Istnieje zatem duże prawdopodobieństwo, że partia Donalda Tuska polegnie od miecza, którym wojowała. Bowiem wrażenia z działalności komisji są dla Platformy druzgoczące. Komitywa Platformy (tak!) z biznesmenem skazanym za korupcję urzędnika państwowego oraz identyfikowanym przez UOP i policję jako sponsor gangsterskiej szajki niejakiego „Czarnego”, jest nie do ukrycia. Napisałem „komitywa Platformy”, ponieważ ta kordialna niemal zażyłość dotyczy grupy osób z samej ścisłej czołówki partyjnej. Schetyna, Chlebowski, Drzewiecki to nie tylko najbliżsi współpracownicy, to wręcz zaufani premiera Donalda Tuska, to jest Platforma Obywatelska !
I to ci ludzie przez lata całe utrzymywali bliskie kontakty z prawomocnie skazanym przestępcą, który według wiedzy CBA i Mariusza Kamińskiego, bezpośrednio tkwił w układzie z kryminalnym półświatkiem. A jednocześnie miał kontakty z czołówka partii pretendującej do władzy, a potem faktycznie rządzącej. Wniosek co do proweniencji niektórych osób z najbliższego otoczenia premiera nasuwa się sam.
Za pośrednictwem konstytucyjnego ministra rządu Donalda Tuska oraz asystenta tegoż ministra, przedstawiciel (delegat !) hazardowego biznesu miał przeniknąć do spółki skarbu państwa mającej monopol w niektórych dziedzinach hazardu. To oznacza bezpośrednią łączność struktur państwa ze strukturami prywatnego biznesu, a pośrednio ze światem przestępczym. Wobec wrażenia, jakie wywiera odsłonięcie tylko powyższych powiązań rządu, bledną wszystkie inne aspekty tej afery, chyba każdy przyzna. Odpowiedzialność premiera jest w tym przypadku oczywista.
Wbrew stereotypowi rozpowszechnianemu przez przeciwników PiS, zarzuty przeciwko tej partii podniesione w komisjach do sprawy śmierci Barbary Blidy oraz nielegalnych nacisków nie poniosły klęski tylko z braku dowodów – zadecydowało również wrażenie opinii publicznej, że zarzuty są niewiarygodne i po prostu dęte. Stąd kompletny brak zainteresowania i obojętność ludzi pomimo herkulesowych wysiłków SLD i PO w tych komisjach.
Ktoś może powiedzieć, cóż to za sprawiedliwość, skoro opiera się na takiej chimerycznej podstawie, jaką jest niewątpliwie wiarygodność w oczach opinii publicznej ? Ale tak się składa, że w polityce jest to właśnie norma, a nie wyjątek; w polityce społeczeństwo ogłasza swoją prawdę za pomocą głosowania, czy to się komuś podoba czy nie. Po aferze rywinowskiej SLD zostało pognębione przecież nie dlatego, że Rywin poszedł siedzieć. Ludzie pognali postkomunistów, gdyż uwierzyli Rokicie, Ziobrze, Nałęczowi, a nie Millerowi czy Kwiatkowskiemu.
Poza tym proszę zauważyć, że z reguły za tymi wrażeniami, gdzieś w tle, w półcieniu kryje się jednak prawda, a przynajmniej coś najbardziej zbliżonego do prawdy w roztrząsanej kwestii. Bo to jest prawda, że Barbara Blida popełniła samobójstwo przez nikogo nie przymuszana; że rzekome naciski Kaczyńskiego na służby specjalne były wymysłem jego politycznych przeciwników. Wreszcie prawdą jest, że osoby z najbliższego otoczenia premiera Tuska od wielu lat utrzymywały bliskie relacje z szemranym towarzystwem świata hazardowego biznesu.
Nikt też nie zaprzeczy, że premier miał świadomość katastrofalnych skutków dla siebie i rządu, jakie przyniesie ujawnienie przez niego tych fatalnych konszachtów ludzi z jego otoczenia. Dlatego ich nie ujawnił do końca, czyli 17 września, kiedy zrobił to Mariusz Kamiński. Ten czas od 12 sierpnia do 17 września to jest 46 dni straconych przez Donalda Tuska.
W trakcie tych 46 dni premier nie wyciągnął żadnych konsekwencji wobec ewidentnie winnych ludzi ze ścisłej czołówki partii; nie odsunął od prac nad ustawą nikogo z dotychczasowych uczestników procesu legislacji; bezwiednie lub rozmyślnie spowodował przeciek z kancelarii. Śmiechu warte jest twierdzenie o zabezpieczaniu procesu legislacyjnego przez Tuska, gdy się weźmie pod uwagę, że w tym celu udał się najpierw do podejrzanych o nielegalny lobbing, a nie do faktycznego twórcy projektu ustawy, ministra finansów.
W tym samym czasie podległa rządowi prokuratura wysunęła zarzuty pod adresem Mariusza Kamińskiego, czyli jedynym faktycznym działaniem rządu było przysłowiowe zabójstwo posłańca przynoszącego złe wieści.
Inne tematy w dziale Polityka