To musi być uczucie spokrewnione z pojęciem schadenfreude, którym to określeniem Niemcy tak trafnie zdefiniowali bezinteresowną satysfakcję z cudzego niepowodzenia. Przypuszczam także, że jest to stan ducha zbliżony do tłumów, które po ataku z 11 września 2001 wywrzaskiwały radosną euforię na ulicach islamskich miast.
Zawsze uważałem, że na podłe błazeństwa Palikota nie można reagować ze świętym oburzeniem, ale traktować je w kategoriach igrzysk dla ludu - może nie całkiem ciemnego, ale niezbyt jasnego - czyli co najwyżej wykpić. Polski parlament ustalił niedawno jednoznacznie i jednomyślnie, że katastrofa pod Katyniem jest największą tragedią narodową po 1945 roku.
Dzisiaj, gdy Palikot usiłuje w swój charakterystyczny sposób storpedować próbę wyświetlenia okoliczności i przyczyn tej hekatomby, zachwyceni kibice politycznego mordobicia nazywają to przekłuwaniem balonu, a samą komisję błazeństwem. Rozlega się radosny wrzask, że szlag trafił komisję parlamentarną pomysłu PiS-u, jakby to jedynie PiS siedział w nieszczęsnym tupolewie.
Jest niebywale symptomatyczne, że fani nihilisty z Biłgoraja kompletnie zapominają przy tym(albo nie chcą pamiętać), że oprócz znienawidzonych przez nich prezydenta i jego małżonki zginęło tam jeszcze 95 osób. W tym kontekście przypominają gapiów zgromadzonych na miejscu wypadku i chłonących z krwawego widowiska radość, że to nie spotkało ich, lecz innych.
Godne zastanowienia, a nawet uważnego pochylenia się jest zjawisko zachwytu nad podłością, zapewne nieobce dla psychologii (albo psychiatrii!). Dla mnie, laika w psychologii, w tej formie aplauzu i w aspekcie tragedii narodowej, jest rodzaj odrażającego manifestu. Jest w tym zjawisku bowiem i coś z urbanowej nienawiści do ludzi w ogóle, ale także trąci markizem de Sade i chyba zawiera dużo niezdrowej atmosfery „Niebezpiecznych związków” de Laclose`a.
Trudno w to uwierzyć, ale wyznawcy już nie pamiętają deklaracji samego guru, że pragnie poznać całą prawdę. Okazuje się, że dla fanów cała prawda jest wtedy, gdy on ją artykułuje. Dzisiaj dowiadujemy się (jeszcze nieoficjalnie), że Lech Kaczyński, wbrew sugestiom i podejrzeniom rzucanym przez nienawistnika oraz jego celebrytów, nie miał alkoholu we krwi. Jednym słowem był trzeźwy, co zapewne ogromnie rozczarowało fanów, na czele z egzaltowaną artystką z pudelkiem i podstarzałym orędownikiem wojen domowych. Zapewne rozlegnie się jęk rozczarowania, ale także złości, że Kaczyński znowu zawiódł nadzieje jasnej strony mocy.
Jednak mój wniosek generalny, a także ze wszech miar polityczny jest taki, że tego rodzaju reakcja rzuca snop światła na pewne zaszłości. Szczególnie na dawno temu wyartykułowaną myśl Donalda Tuska, że polskość to nienormalność. Zawsze, gdy ją cytowałem, spotykały mnie zarzuty, że wyrywam z kontekstu, że nie potrafię czytać ze zrozumieniem, albo co gorsza świadomie przekręcam i w ten sposób przypisuję mu złe intencje. Tak się składa dzisiaj, że polskość w tej konkretnej, obecnej chwili, wyraża się najpełniej i najdonośniej w woli poznania całej prawdy o tragedii pod Katyniem. Bo polskość to dzisiaj prawda o katastrofie smoleńskiej.
W takim momencie premier Donald Tusk milczy jak zaklęty, a jego przyboczny cyngiel usiłuje na swój błazeński sposób storpedować zamysł poznania tej prawdy. Gdy dzisiaj Tusk swoim brakiem reakcji deklaruje, że dla niego prawda to też nienormalność, to mam wrażenie, że powtarza swoją dawną frazę o polskości. Bo to na jedno wychodzi.
Inne tematy w dziale Polityka